Pyrzowice - Parafia

Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny

Katechezy o sakramencie chrztu świętego

Katecheza pierwsza:

Chrzest to zanurzenie w Boga

Wkrótce zakończymy uroczyście ROK WIARY, w którym zatrzymywaliśmy się nad tym w co i dlaczego wierzymy. Jednak zakończenie tego czasu nie oznacza wcale, że już wszystko wiemy i że nasza wiara jest tak dojrzała, iż teraz tylko trzeba obserwować, czy się przypadkiem coś w niej nie psuje. Być może najważniejszym odkryciem tego roku winna być świadomość, że do końca naszych dni na ziemi będziemy potrzebowali dojrzewania w wierze i modlitwy o ten dar.

Gdy Pan Jezus rozmawiał z ojcem chorego na epilepsję dziecka, ten prosił Go o uzdrowienie, dodając: jeśli to możliwe. Na to Jezus odpowiedział: Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy. Wtedy natychmiast ojciec chłopca zawołał: Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu! (Mk 9,23-24). Tak, wierzę, ale zaradź memu niedowiarstwu! Zrozpaczony ojciec sprzed dwóch tysięcy lat wyraził tymi słowami prawdę o wierze każdego z nas – zawsze grozi jej niedowiarstwo, które jak cień podąża za każdym aktem wiary. Dlatego prośba, by Jezus „zaradził naszej niewierze" jest kolejnym wyznaniem tego, że naszą ufność pokładamy nie w swoich siłach, ale w Bogu, który troszczy się o nas jak najlepszy ojciec.

Pragniemy przedłużyć naszą katechetyczną refleksję nad wiarą poprzez zatrzymanie się nad tym, co stoi u jej podstaw, czyli nad sakramentem chrztu. To on stanowi bramę, przez którą wchodzimy do Kościoła. W nim jest początek naszej wzajemnej relacji miłości z Panem Bogiem. Można powiedzieć, że całe dalsze życie w wierze jest jakby rozpakowywaniem tego daru. W pierwszych wiekach katechezy chrzcielne poprzedzały przyjęcie tego sakramentu i trwały nawet kilka lat. My jesteśmy w innej sytuacji. Już zostaliśmy ochrzczeni, ale gdy to się dokonywało byliśmy niemowlętami i dopiero stopniowo, z biegiem lat, odkrywaliśmy nie tylko świat i ludzi wokół nas, ale także tę Bożą rzeczywistość, w którą chrzest nas wprowadził. Czasem to odkrywanie bywało bardzo trudne. Zarówno nasze osobiste grzechy, jak i pogańska, zsekularyzowana rzeczywistość, w której żyjemy, przysłaniały nam Bożą prawdę. Dlatego potrzeba katechez pochrzcielnych, aby odkrywać bogactwo łaski, którą otrzymaliśmy. Pierwsza katecheza przybliży nam znaczenie słowa „chrzest" i od razu postawi nas wobec niesłychanej głębi Bożego planu zbawienia.

Wyobraźmy sobie najpierw kogoś, kto - podobnie jak wielu z nas- poszedł na pielgrzymkę. Wędrował kilkanaście dni i jak to na pielgrzymce bywa – nie dojadł, nie dospał, doświadczył pielgrzymiego trudu, ale serce miał przepełnione szczęściem. Zapomniał o polityce, mediach i wszechobecnej reklamie, która kusi, by „podarować sobie odrobinę luksusu, bo przecież jesteś tego wart!" Gdy szczęśliwie dotarł do Częstochowy i zakończył pielgrzymi szlak, w drodze powrotnej do rodzinnego miasta na pytanie o czym teraz marzy, odpowiedział: jak zajadę do domu, to najpierw wezmę kąpiel, potem drugi raz wezmę kąpiel, a potem jeszcze wezmę prysznic! Ci z nas, którzy znają smak pielgrzymiej drogi wiedzą o czym mówił.

To pragnienie oczyszczającego obmycia ciała przypomina o obmyciu zarówno ciała jak i duszy. Z takim właśnie obmyciem łączy się chrzest święty. Gdy kapłan wypowiadał nad nami słowa: ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego to równocześnie mówił: ja ciebie zanurzam w Ojcu, Synu i Duchu Świętym, gdyż słowo baptizo, które występuje w tekście greckim Pisma Świętego, znaczy właśnie tyle co „zanurzyć'. Przez chrzest zostaliśmy więc zanurzeni w Bogu. Waga tego zanurzenia, dla naszego życia, jest wręcz niewyobrażalna. Oto my, którzy rodzimy się na tej ziemi jako Boże stworzenie, jesteśmy wezwani do przekroczenia statusu stworzeń i do przyjaźni z Bogiem, a nawet do stania się Jego dziećmi na wieki. Bóg jest nie tylko naszym Stwórcą, ale przez sakrament chrztu staje się Abba, czyli Tatusiem!

Chrzest, a więc zanurzenie w Bogu, staje się początkiem naszego powrotu do raju. W świątyni jerozolimskiej Pan Jezus wołał „donośnym głosem", odnosząc do siebie proroctwo Ezechiela: Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie - niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza (J 7,37-38). Prorok Ezechiel miał wizję świątyni, spod której wypływała woda w kierunku wschodnim. Niewielki początkowo strumyczek, który zdolny był jedynie ochłodzić zmęczone stopy, stawał się coraz głębszą rzeką, w której traciło się już grunt pod nogami a woda zakrywała człowieka. Można się było w niej zanurzyć. Brzegi tej rzeki porastały drzewa rodzące owoce a ich liście służyły jako lekarstwo. Na koniec ta dziwna rzeka wpadała do wód słonych, uzdrawiając je i sprawiając, że pojawiło się w nich mnóstwo ryb (por. Ez 47,1-12). Aby zrozumieć głęboki sens tej wizji, trzeba przypomnieć, że w Palestynie woda płynie na wschód od Jerozolimy przez obszar pustynny ku słonym wodom Morza Martwego, które jest tak zasolone, iż nie zdoła tam przetrwać żadna ryba. Zatem woda, która wypływa ze świątyni, a więc płynie od Boga, „ma moc ożywiania i uzdrawiania nawet tego, co według ludzkiej logiki wydaje się bezpowrotnie obumarłe. Skoro woda ze świątyni może ożywić Morze Martwe, może też ożywić moje serce" (1) .

Zanurzenie w Bogu, które dokonuje się we chrzcie, jest więc wprowadzeniem w ten nurt "żywej wody", w której ja, człowiek, staję się rajskim ogrodem. Dlatego śpiewamy w jednej z młodzieżowych piosenek: Już teraz we mnie kwitną Twe ogrody, już teraz we mnie Twe królestwo jest. Jest już teraz, bo zostałem zanurzony w tej wodzie, którą jesteś Ty, Panie Boże!

Tę prawdę słyszymy nawet w liturgii chrześcijańskiego pogrzebu. Kapłan nad grobem posypuje trumnę ziemią i wypowiada słowa: z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Interpretujemy je najczęściej jako przypomnienie o kruchości człowieka, porównanego do glinianego naczynia, które roztrzaskane przez śmierć zamienia się w pył. Ale można ten tekst tłumaczyć także w inny sposób. Nawiązuje on do Księgi Rodzaju i do opisu stworzenia człowieka w ogrodzie Eden. To z ziemi tego ogrodu powstał człowiek i do niej ma powrócić. Te słowa można zatem sparafrazować zupełnie inaczej: wracaj tam, gdzie zostałeś stworzony – nie do rozpadającej się materii - ale do Ojca, w którym zanurzać się będziesz na wieki. Roman Brandstaetter ujął tę prawdę krótko: z miłości powstałeś i w miłość się obrócisz!

Nasze życie jest nieustannym pielgrzymowaniem a im dłużej idziemy, tym mocniej wzrasta w nas pragnienie „zanurzenia się w Bogu". Oby było tak jak z wodą, wypływająca ze świątyni w wizji Ezechiela. Mały strumyczek naszych pierwszych modlitw i dziecięcej ufnej wiary winien stawać się życiodajną rzeką, która przemienia nawet największe pustynie w ogrody.

Św. Augustyn w swoich Wyznaniach opisuje jak przed powrotem z Italii do domu, który znajdował się w północnej Afryce, przebywał ze swą mamą Moniką w Ostii nad morzem, po trudach długiej drogi nabierając sił do czekającej ich żeglugi. Gdy tak, z dala od gwaru i tłumów, spoglądali przez okno na piękno zieleni drzew i błękitu nieba, nagle oboje zaczęli dzielić się doświadczeniem tęsknoty za innym brzegiem, ku któremu zmierzało całe ich życie. Augustyn pisze: wspólnie zastanawialiśmy się nad tym, czym będzie wieczne życie zbawionych, to, czego oko nie widziało ani ucho nie słyszało, i co w serce człowiecze nie wstąpiło. W tęsknocie otwarliśmy nasze serca dla niebiańskiego strumienia płynącego z Twojego zdroju, zdroju życia, który u Ciebie jest, abyśmy na tyle zroszeni jego wodą, na ile to było dla nas możliwe, zdołali w jakiś sposób dosięgnąć myślą owej wielkiej tajemnicy. Św. Monika, jakby przeczuwając, że czeka ją wkrótce choroba i inna, ostateczna podróż, wyjawiła swe gorące pragnienie: Synu, mnie już nic nie cieszy w tym życiu. Niczego już się po nim nie spodziewam, więc nie wiem, co ja tu jeszcze robię i po co tu jestem. Jedno było tylko życzenie, dla którego chciałam trochę dłużej pozostać na tym świecie: aby przed śmiercią ujrzeć ciebie chrześcijaninem katolikiem. Obdarzył mnie Bóg ponad moje życzenie, bo widzę, jak wzgardziwszy szczęściem doczesnym stałeś się Jego sługą. Co ja tu robię jeszcze? W kilka dni później, odzyskawszy na chwilę przytomność, poprosiła: Pochowajcie to [moje] ciało gdziekolwiek; o nie nie róbcie sobie zmartwień. O jedno tylko was proszę: Gdzie byście tylko nie byli, wspominajcie mnie przy ołtarzu Pańskim.

Zanurzyć się w Bogu to program na całe życie i na całą wieczność. A wszystko zaczęło się w tej chwili, którą znamy na ogół jedynie z fotografii. Przedstawia ona małe dziecko, które czasem płacze, a czasem spokojnie śpi, jest na rękach rodziców przy chrzcielnicy i na jego główkę spływa mały strumyk wody. Ci, którzy z miłością pochylają się nad nim, z wiarą powtarzają Radosną Nowinę, która ma się stać w jego życiu życiodajną rzeką: ja ciebie chrzczę - to znaczy zanurzam cię - w Ojcu i w Synu, i w Duchu Świętym. Dobremu Bogu niech będzie chwała i cześć, i uwielbienie za to co się wtedy dokonało w życiu każdego z nas i – daj Boże - trwa, i trwać na wieki nie przestanie...

Przygotował: ks. dr Włodzimierz Skoczny


Katecheza druga:

Zanurzeni w Śmierć i Zmartwychwstanie Chrystusa

W czasie Adwentu wraz z całym Kościołem wyruszamy ku najważniejszej nocy tego roku liturgicznego. Niektórzy sądzą, że jest to noc Bożego Narodzenia i upewniają ich w tym przekonaniu reklamy, „gorączka zakupów” i tradycyjny urok świąt. Ale ci co tak sądzą, mylą się. Mylą się jeszcze bardziej ci, którzy uważają, że taką najważniejszą nocą jest noc sylwestrowa, w  czasie której rozpoczniemy Nowy Rok. Najważniejsza noc nastąpi dopiero za cztery miesiące - to będzie prawdziwie Wielka Noc - noc Zmartwychwstania Chrystusa. Wtedy właśnie, po 40 dniach postu i modlitwy, odkryjemy Jezusa, który dla nas staje się wielką rzeką łaski, w której każdy z nas może się zanurzyć, czyli ochrzcić. Bo chrzest to zanurzenie w Bogu.

Oczywiście, że chrztu Kościół udziela przez cały rok, ale naturalnym czasem zanurzenia w Bogu jest dla wszystkich chrześcijan wielkanocna Pascha – śmierć i Zmartwychwstanie Chrystusa. Rozpoczynamy ją w Wielki Czwartek od Mszy Wieczerzy Pańskiej a kończymy uroczystym porankiem Zmartwychwstania. To z niej Kościół czerpie łaskę chrztu. Ona staje się szczytem, ku któremu zmierzamy. Najważniejszym wydarzeniem całego roku liturgicznego. Św. Paweł napisze do Rzymian w swoim liście: "Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć, zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca" (Rz 6,3).

To bardzo ważny tekst. Rozpoczyna się od stwierdzenia, w którym czuć nutkę wyrzutu i zasmucenia wobec adresatów listu: „Czyż nie wiadomo wam …?” Ten wyrzut przypomina, że z nami bywa czasem podobnie jak z Rzymianami – tak łatwo oderwać chrzest od wiary. Zrobić z niego kolejną uroczystość rodzinną, w której do końca nie wiadomo o co chodzi … a jak nie wiadomo o co chodzi, to na ogół chodzi o prezenty, o zrobienie zdjęć, o przyjęcie w gronie rodziny. „Czyż nie wiadomo wam” - dziwi się Paweł - że tu chodzi o zanurzenie w Bogu? Otóż,  często faktycznie nam „nie wiadomo”. Gdy zginie wiara, przede wszystkim wiara rodziców i chrzestnych, pozostają już tylko przesądy.

Kiedyś pewni Polacy mieszkający w Rosji, wtedy jeszcze Sowieckiej, którzy nie byli ludźmi wierzącymi, opowiadali, że jednak ochrzcili swe dzieci w cerkwi i na dodatek robili to po kryjomu z obawy przed narażeniem się na szykany ze strony władzy. Dlaczego się w ogóle na to decydowali? Odpowiedzieli, że chodziło im o to, by się zabezpieczyć … tak na wszelki wypadek - by dziecko nie chorowało, no i by babcia się już nie dopytywała, a w końcu … wiele to nie kosztuje. Można traktować chrzest jako „polisę” u Pana Boga.

Św. Paweł zaznacza dalej w Liście do Rzymian, że chrzest to zanurzenie w Chrystusie, że On jest źródłem wody żywej, bo chrzest w nas „grzebie” starego człowieka, abyśmy rozpoczęli „nowe życie”. Umieram, by Zmartwychwstać. W zanurzeniu w Chrystusie są nieustannie obecne te dwa elementy powiązane ze sobą, a jednak tak różne – śmierć i Zmartwychwstanie; „zejście do grobu”, czyli „pogrzebanie” i „wyjście z grobu”. „Stary człowiek” i „stare życie” oraz „nowy człowiek”, ten, który się „powtórnie narodził”.

Pierwszy z tych elementów nie jest zbyt popularny, bo mówienie o śmierci i umieraniu, to smutna konieczność spychana na margines naszego życia. Nie wypada o niej mówić na chrzcie, ślubie czy imieninach. Tam trzeba składać życzenia zdrowia, 100 lat i szczęścia w życiu osobistym. A przecież Jezus mówił, że „jeśli ziarno wpadłszy w ziemię nie obumrze… zostanie tylko samo”, i te słowa dotyczą całego życia. Jeśli  „ziarno nie obumrze” nigdy nie będzie zdrowe, nigdy nie będzie prawdziwie żyć, nigdy nie będzie szczęśliwe. Bo zdrowie, życie i  szczęście wiedzie przez krzyż, śmierć i pogrzebanie - tak było w historii Pana Jezusa. Tak jest w każdej ludzkiej historii.

Św. Franciszek z Asyżu pokazał, co to znaczy żyć Ewangelią i często rozmyślał nad prawdą o potrzebie „umierania” i „krzyża” w swoim życiu. W jednej z pierwszych biografii możemy się dowiedzieć, że któregoś dnia „Franciszek sporządza sobie tunikę wyobrażającą krzyż, aby jego obraz w niej odganiał wszelkie diabelskie pokusy”. Po dziś dzień franciszkański habit przypomina krzyż. To był  kolejny etap długiego procesu w czasie którego św. Franciszek dorastał do „umierania” w Chrystusie. Jego ukoronowaniem były stygmaty, czyli rany na ciele - fizyczny znak umierania i jedności z Tym, w którego „ranach jest nasze zdrowie”.

„Śmierć” i „pogrzebanie” łączy się z inną prawdą, równie niepopularną; z tym, że rodzę się grzesznikiem. Noszę na sobie brzemię grzechu pierworodnego i moje osobiste grzechy, z których może mnie wyswobodzić tylko Chrystus. To mój grzech sprawia śmierć, to jego trzeba „pogrzebać”, „zatopić’ jak wojska faraona, to on jest przyczyną mojej prawdziwej  „starości”.

W niedawnym wywiadzie przeprowadzonym z papieżem Franciszkiem padła prośba, by Ojciec Święty sam się określił: kim jest Jose Maria Bergoglio? Papież odpowiedział: "Nie wiem, jaka byłaby najlepsza definicja... Ja jestem grzesznikiem. To jest ta najlepsza z definicji. Jestem grzesznikiem. Tak, ta najlepsza synteza, która pochodzi z wewnątrz i którą uważam za najprawdziwszą, brzmi właśnie tak: 'jestem grzesznikiem, na którego spojrzał Pan'. (...) I to właśnie powiedziałem, kiedy zapytali mnie, czy przyjmuję wybór konklawe".

Po zanurzeniu w wodzie chrztu, po zanurzeniu w Chrystusie, wychodzimy z baptysterium jako „nowe stworzenie”, jako ktoś kto przeżywa „powtórne narodziny”. Do wody chrztu schodzi się przecież nie po to, by w niej pozostać, ale by z niej wyjść ku nowemu życiu. Stajemy się „nowym człowiekiem”. W nim Bóg rozpoznaje swoje dziecko. I - jako Ojciec miłosierny - powtarza nieustannie: „synu, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy”. Dzieje się tak nie z powodu naszych zasług, ale dlatego, że swoją krew przelał dla nas Jezus Chrystus. To On, przez swoją Śmierć i Zmartwychwstanie dał nam życie wieczne i dziecięctwo boże. I na nic już nie musimy zasługiwać. Trzeba tylko zanurzyć się w Chrystusie i żyć w Tym, który sprawił, że ‘wkroczyliśmy w nowe życie”.

         W gorącym, przedświątecznym czasie warto z wdzięcznością powrócić do naszego chrztu. Tym bardziej, że radosny okres Bożego Narodzenia kończy święto chrztu Chrystusa w wodach Jordanu. Podejdźmy do chrzcielnicy w naszym kościele i pochylmy się nad początkami naszej historii dziecka Bożego oraz uwielbiajmy naszego Pana, w którego Śmierci i Zmartwychwstaniu zostaliśmy zanurzeni. Dzięki Ci, Boże, za łaskę chrztu świętego, przez którą mnie wszczepiłeś w rodzinę Bożą. Dziękuję za ten dar wielki i niepojęty, który moje życie przeobraził…

Przygotował: ks. dr Włodzimierz Skoczny


Katecheza trzecia:

Odwrócona pedagogika Pana Boga, czyli pozwolić się „zbadać Słowu”…

Do prawdy o tym, że chrzest zanurza nas w Śmierć i Zmartwychwstanie Chrystusa dorasta się powoli. Odkrywanie łaski chrztu dokonuje się właściwie całymi latami. Jest to proces bardzo różny od tego, do czego przyzwyczailiśmy się na ziemi. Tutaj, aby dostać jakąś nagrodę, najpierw trzeba na nią zasłużyć; by dostać premię trzeba na nią zapracować; by otrzymać prezent na ogół musi być jakaś okazja. Według ziemskiej pedagogiki dobry nauczyciel matematyki nie tłumaczy uczniowi rachunku całkowego zanim wpierw nie nauczy go dodawać, mnożyć i odejmować… I tak stopniowo przygotowuje go do coraz trudniejszych zagadnień. Z Bożą pedagogiką jest trochę na odwrót. Bóg najpierw daje, najpierw obdarza, a potem pozwala odkrywać, jak wielki dar otrzymaliśmy zupełnie bez naszych zasług.

Niewątpliwie w odkrywaniu łaski chrztu bardzo może nam pomóc powrót do tego okresu w historii Kościoła, w którym dorosłych pogan wprowadzano w wiarę chrześcijańską. Takich kandydatów z pogaństwa zwano katechumenami i przez specjalne przygotowanie doprowadzano do chrztu. Mimo piękna i wielkiej wagi, jaką przykładano do tego przygotowania, istniało pewne zagrożenie. Największą pokusą mogło być przekonanie, że taki przygotowany katechumen zasługuje na chrzest z powodu wysłuchanych kursów, kazań, zdanych egzaminów, dobrych czynów, czy porządnego życia. To tak, jakby się uważało, że można zasłużyć na miłość. A przecież ona zawsze jest darmowa. Tak samo chrzest jest darem nieskończonego miłosierdzia Boga, który „wybrał nas przed założeniem świata”. W przypadku chrztu dzieci w sposób bardziej wyrazisty można doświadczyć darmowości łaski, bo przecież niemowlęta na nic jeszcze same nie „zapracowały”. Ale można z tego sakramentu przyjętego w dzieciństwie uczynić „prezent nierozpakowany”, nieodkryty i niedoceniony. Obie drogi przygotowania do chrztu są więc pomocne i jakoś się uzupełniają.

W Kalwarii Zebrzydowskiej można pielgrzymować albo „dróżkami” Pana Jezusa, albo „dróżkami’ Matki Bożej. Stacje drogi krzyżowej Pana Jezusa biegną chronologicznie: najpierw jest Wieczernik, potem Ogrójec, sądy, wyrok Piłata i droga z krzyżem na miejsce ukrzyżowania, na Kalwarię. Tam kończą się stacje Jezusa w znajdującym się nieopodal pustym grobie i wspomnieniu Jezusowego Zmartwychwstania. Tak postępuje chronologia tego świata - by zmartwychwstać trzeba najpierw umrzeć. „Dróżki” Matki Bożej nie naśladują jednak tej chronologii. Pierwszą stacją tego rozważania nie jest Wieczernik, czy - jeszcze wcześniej - dzieciństwo i młodość Jezusa w Nazarecie, ale właśnie Zmartwychwstanie. Maryja „zachowuje i rozważa” swoje i nasze zbawienie w odwrotnej perspektywie. Ona, wierząc w Zmartwychwstałego Syna, schodzi z Golgoty, by w świetle tego, co wydarzyło się „później”, rozważać to, co wydarzyło się „wcześniej”. Tylko w takiej perspektywie owo „wcześniej” ma głęboki sens i nie jest jakimś ślepym zrządzeniem losu.

Do takiej drogi z Maryją jesteśmy zaproszeni także w odkrywaniu daru naszego chrztu. A ponieważ życia na ziemi nie starczy, aby łaskę chrztu pojąć, dlatego warto zawsze korzystać z bożych „podpowiedzi” zawartych w Słowie Bożym. To przez nie Bóg odsłania swoją miłość, którą ciągle dzieli się z nami. Łaska połączona ze znakiem obmycia wodą była zapowiadana już na pierwszych stronach Biblii. W liturgii Wigilii Paschalnej, przy poświęceniu wody chrzcielnej kapłan wypowiada słowa, które wskazującą na główne etapy dalekosiężnego zbawczego planu Boga. Rozpoczyna się on już przy stworzeniu, gdy na początku świata [Boży] Duch unosił się nad wodami, aby już wtedy woda nabrała mocy uświęcania. Następnie prowadzi nas Słowo Boże do wód potopu, w których odnajdujemy obraz odrodzenia, bo ten sam żywioł położył kres występkom i dał początek cnotom. Niezwykle ważnym i będącym przez wieki źródłem inspiracji dla wiary był fakt wyprowadzenia Ludu Wybranego z niewoli egipskiej. Zwłaszcza bezpieczne przejście przez Morze Czerwone pozwala zobaczyć, że naród wyzwolony z niewoli faraona stał się obrazem przyszłej społeczności ochrzczonych. Wreszcie w Ewangelii o życiu samego Jezusa nieustannie krążymy wokół prawdy o tym, że chrzest zanurza nas w Śmierć i Zmartwychwstanie Zbawiciela. Odnajdujemy to w scenie chrztu Jezusa w Jordanie; w wylanej krwi i wodzie, które wypłynęły z boku Chrystusa na krzyżu i w nakazie wypowiedzianym po Zmartwychwstaniu, by „nauczać i chrzcić wszystkie narody” (Mt 28,19). To ostatnie polecenie zostało przejęte przez Apostołów z całą dosłownością i wiernością. Jej owocem jest chrzest każdego z nas, bo przecież mimo upływu dwóch tysięcy lat mamy udział w tej samej łasce, którą Jezus obdarzył nas na krzyżu.

W praktyce przygotowania dorosłych katechumenów do przyjęcia sakramentu chrztu wypracowano trzy tzw. skrutynia. To słowo pochodzące od łacińskiego scrutari oznacza egzaminowanie, wnikliwe badanie kandydata, czy gotów jest na zanurzenie w Chrystusie. Badanie to odbywało się przez konfrontację własnego życia ze Słowem Bożym. To ono „egzaminuje”, „bada” sumienie katechumena. Liturgia Kościoła przechowała tę tradycję i przez trzy niedziele Wielkiego Postu (w roku A) czytamy w czasie Eucharystii teksty z Ewangelii według św. Jana, by w ich świetle zobaczyć własne dzieje zbawienia. Są to: spotkanie z Samarytanką przy studni Jakubowej (J 4,4-12), uzdrowienie niewidomego od urodzenia (J 9,1-41) oraz wskrzeszenie Łazarza w Betanii (J 11,1-45).

W tym ostatnim fragmencie Ewangelii śmieć Łazarza wydaje się jakąś grą. Przyjaciel Chrystusa umiera i jest pogrzebany, a potem zostaje wskrzeszony z martwych, wychodzi z grobu - wszystko po to, by znowu umrzeć i być pogrzebany. Gdy głębiej wchodzimy w ten tekst, to okazuje się, że istotą Ewangelii nie jest śmierć Łazarza, ale odkrycie, jaki jest sens śmierci Chrystusa. Zagrożenie Jezusowego życia ujawnia się w całym tym opisie. Ceną wskrzeszenia Łazarza jest wyrok śmierci wydany na Jezusa. Aby Łazarz mógł żyć, Jezus musi umrzeć. To jest prawda o chrzcie każdego z nas. Abym ja mógł żyć, Jezus za mnie umarł. Abym był ochrzczony, abym mógł żyć w łasce, przyjmować Eucharystię – za tym wszystkim stoi śmieć Chrystusa. To jest cena, dlatego Pan został ukrzyżowany.

Dopiero gdy to wreszcie pojmiemy, zaczniemy żyć darem chrztu świętego i odnawiać przyrzeczenia chrzcielne z dumą. Zaczniemy myśleć o chrzcie z  zatroskaniem, będziemy wspominać go ze wstydem, zwłaszcza wtedy, gdy nie jesteśmy wierni temu co obiecaliśmy. Gdy zapominamy o tym, co się przez chrzest rozpoczęło; gdy pogrążamy się w śmierci grzechu, jesteśmy niewierni nie tylko rodzicom czy chrzestnym i pokładanym przez nich nadziejom, ale jesteśmy niewierni śmierci Chrystusa na krzyżu. Bo On po to umarł, abyśmy mieli życie.

Nie czekajmy ze skrutynium na czas Wielkiego Postu. Rachunek sumienia, którym kończymy każdy dzień jest dobrą okazją, aby pozwolić się Bożemu Słowu zbadać. Jaka jest kondycja mojego serca? Czy wody chrztu nadal mnie obmywają? Co zostało z nowego człowieka, który się wtedy narodził? Czy nie czas na drugi chrzest, którym jest sakrament pojednania? Nie idźmy smutni przez życie, bo przecież bije w nas źródło życiodajnej siły, która „wypłynęła z Najświętszego Serca Jezusowego jako zdrój miłosierdzia dla nas”. Bo On umarł, abyśmy naprawdę żyli…

Przygotował ks. dr Włodzimierz Skoczny


Katecheza czwarta:

Chrzest włącza w Kościół: „Kościół Boży przyjmuje cię z wielką radością…”

Ponad pięćdziesiąt lat temu ukazała się książka amerykańskiego trapisty o. Tomasza Mertona pod znamiennym tytułem: „Nikt nie jest samotną wyspą”. Prawda tych słów odnosi się nie tylko do ziemskiej egzystencji, ale także do naszego życia w wierze, do tego, co nadprzyrodzone, a więc do naszej relacji z Bogiem. Parafrazując ten tytuł można powiedzieć, że nawet sam Bóg, w którego wierzymy, „nie jest samotną wyspą”.  Pan  Jezus objawił nam przecież prawdę o niepojętej jedności trzech Osób Boskich: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Bóg jest wspólnotą osób. Do tej wspólnoty zaproszony został każdy ochrzczony. Chrzest, a więc nasze „zanurzenie w Bogu”, jest przyjęciem tego zaproszenia. Ono nadaje sens całemu życiu na ziemi i pozwala nam przekraczać granice czasu, bo przecież jego owocem jest życie wieczne.

Ma to jednak także daleko głębsze konsekwencje. Skoro człowiek został stworzony „na obraz Boży”, to nosi w sobie pragnienie życia we wspólnocie. „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; …” (Rdz 2, 18) mówi Stwórca w Księdze Rodzaju. I wydobywając człowieka z tego niedoskonałego stanu stwarza „odpowiednią dla niego pomoc”. Swe stwórcze dzieło Bóg będzie kontynuował poprzez wybór nie tylko poszczególnych ludzi np. Abrahama, Mojżesza, czy króla Dawida, ale także całych wspólnot, poczynając od Izraela, który stanowi zapowiedź Kościoła. Od początku zatem nasze wchodzenie w relację z Bogiem łączy się z wejściem w relację z drugim człowiekiem i wspólnotą osób.  Przez cały Stary i Nowy Testament przewija się prawda o tym, co napisał św. Jan w swoim liście: „Jeśliby ktoś mówił: ‘Miłuję Boga’, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi (1J 4,20).

Chrzest, podobnie jak całe nasze życie wiary, nie jest indywidualną sprawą miedzy mną a Bogiem, ale sprawą między mną, Bogiem i wspólnotą Kościoła. W tej wspólnocie, pielgrzymującej przez ziemię, jest obecny Chrystus, ale i wszyscy ci, którzy pragną w życiu kierować się wiarą w Niego. Dlatego nieporozumieniem jest powtarzany slogan „Chrystus tak, Kościół nie”. Prywatne chrześcijaństwo nie istnieje. To takie samo kłamstwo jak rzekoma wiara w Boga połączona z pogardą dla człowieka.

Kiedyś pewna osoba, która nie chodziła do kościoła, ale uważała się za osobę bardzo religijną, argumentowała, że stara się być dobrym człowiekiem, a kościoła unika, bo najlepiej jej się modlić nad strumieniem, w pogodny dzień, gdy w leśnej ciszy śpiewają ptaki i nikt nie przeszkadza. Pewnie ważne są psychologiczne uwarunkowania i wartość tworzenia odpowiedniego nastroju, ale niestety to nie jest chrześcijaństwo. To taka naturalna religijność, która ciągle nie widzi, że Chrystus przyszedł leczyć chorych, a inni to nie przeszkody w budowaniu miłej atmosfery, ale „siostry i bracia w wierze”, często bardzo pomocni do zdejmowania szaty pychy i wyniosłości, w którą ubieram się z taką chęcią.

Liturgię sakramentu chrztu rozpoczyna kilka pytań wobec kandydata do chrztu, lub w przypadku dziecka, do jego rodziców i chrzestnych. Winny one być zadawane przed wejściem do świątyni, w przedsionku, tam gdzie jest miejsce katechumena. Pytanie pierwsze to pytanie o imię. Gdyby na nim poprzestać, to indywidualizm chrztu ukazał by się w całej pełni. Ale zaraz za nim idzie drugie pytanie: o co prosicie Kościół Boży dla… i tu wymienia się usłyszane przed chwilą imię. To bardzo ważne pytanie. Ono przypomina nam, że łaska chrztu nam się nie należy. Jest darem, o który trzeba prosić. Prosić Kościół, bo to On przekazuje nam wiarę, jest jej gwarantem i strażnikiem.

Dlaczego Kościół, którego pierwszym i największym zadaniem jest prowadzić ludzi do zbawienia, każe się prosić? Jaki jest sens tej prośby? Czy to wypada, by w rozmowie przed chrztem ksiądz pytał o motywy tej decyzji, o to czy zawarliśmy sakrament małżeństwa, czy praktykujemy życie wiary, czy widzimy jakie konsekwencje wynikają dla nas z tego „zanurzenia w Bogu” naszego dziecka?

Bardzo znanym obrazem w Anglii jest dzieło Williama H. Hunta przedstawiające scenę z Apokalipsy, a nawiązujące do słów Chrystusa: Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną. Przedstawia ono naszego Pana stojącego z lampą, która wkrótce stanie się jedynym światłem z powodu zapadającego zmierzchu. Jezus stoi przed drzwiami domu, trochę okrytymi bluszczem, nieco zardzewiałymi, jakby dawno nikt ich nie otwierał. Chrystus stoi i puka… Charakterystyczne jest to, że w tych drzwiach nie ma klamki. Nie można tam wejść, jeśli ktoś z wewnątrz nie otworzy. Nawet Jezus, Ten który przenikał ściany Wieczernika, nie przejdzie przez te zamknięte drzwi o ile ich nie otworzę. On nie chce mnie zbawiać beze mnie. On nie robi ze chrztu automatu, który po wrzuceniu monety spełnia me życzenie. Pan zawsze pragnie ze mną „wieczerzać” na wieki. Ale, aby zasiąść z kimś przy wspólnym stole, to muszą tego chcieć obie strony, czyli także ja.

Odpowiedź bywa różna. Prosimy o chrzest, o wiarę, o życie wieczne… i każda z tych odpowiedzi jest dobra, każda dopełnia następną. Wtedy dopiero możemy usłyszeć z ust przedstawiciela Kościoła:  „Kościół Boży przyjmuje cię z wielką radością”. Tak, to największa radość wiary. Oto za chwilę to dziecko zostanie zanurzone w Bogu i stanie się nie tylko moim bratem czy siostrą w człowieczeństwie, ale także w wierze. Razem Boga nazywać będziemy Ojcem. To nic, że dzieli nas wiele lat życia, doświadczenia złe i dobre, a nawet używanie rozumu i mowy  - bo, to co nas łączy jest znacznie ważniejsze. Łączy nas ta najsilniejsza więź świata, którą jest Duch Święty zespalający w jedno Ojca i Syna oraz tych, których On odkupił.

Czasem chętnie i łatwo dziękujemy za nasze rodziny, za najbliższych. Oni nas kochają, a my ich miłością obdarowujemy. Dzięki temu nie jesteśmy samotni, a życie nabiera głębszego sensu. Dziękujmy też jednak często za rodzinę Kościoła, za naszych  braci i siostry w wierze. Za to, że tu na ziemi i w wieczności nie będziemy nigdy sami.

Przygotował ks. dr Włodzimierz Skoczny

Katecheza piąta:

"Dar i tajemnica", czyli bogata rzeczywistość chrztu...

         Zbliżająca się wiosna przynosi wszystkim spragnionym zimowej aury pewien niedosyt. W tym roku nie było  u nas surowej zimy i pewnie już nie doczekamy się obfitych opadów śnieżnego puchu. Nie stanowi to, jak na razie, problemu dla Alaski czy Grenlandii. Tam śniegu nie brakuje. Podobno Eskimosi  mają na określenie śniegu kilkadziesiąt słów. Podczas gdy dla nas śnieg to po prostu śnieg, dla nich co innego znaczy „padający śnieg”, a co innego „mokry padający śnieg”, czy „ponownie zmarznięty śnieg”. Rozróżniają także „śnieg do robienia wody” od „śniegu do budowy igloo” oraz kolory śniegu, przypisując mu całą paletę barw. Wiąże się to oczywiście z ich codziennym doświadczeniem życia, które całe „zanurzone” jest w śniegu – w nim śpią, budzą się, podróżują, jedzą, z niego czerpią wodę i na nim śledzą zwierzynę w czasie polowania. Dlatego każdy szczegół jest dla nich tak ważny.

         Wydaje się, że podobnie jest z sakramentem chrztu świętego dla chrześcijanina. Gdy staje się prawdziwie źródłem życia, rzeczywistością, w której jesteśmy „zanurzeni”, to  otrzymuje wiele nazw, a każda z nich oddaje tylko jakiś szczegół z tego nieogarnionego świata łaski. Świadectwo takiego myślenia odnajdujemy już w starożytności chrześcijańskiej. Św. Grzegorz z Nazjanzu, jeden z Ojców Kościoła z IV wieku, pisał: Chrzest jest najpiękniejszym i najwspanialszym darem Boga... Nazywamy go darem, łaską, namaszczeniem, oświeceniem, szatą niezniszczalności, obmyciem odradzającym, pieczęcią i wszystkim, co może być najcenniejsze. Darem - ponieważ jest udzielany tym, którzy nic nie przynoszą; łaską - ponieważ jest dawany nawet tym, którzy zawinili; chrztem - ponieważ grzech zostaje pogrzebany w wodzie; namaszczeniem - ponieważ jest święty i królewski (a królów się namaszcza); oświeceniem - ponieważ jest jaśniejącym światłem; szatą - ponieważ zakrywa nasz wstyd; obmyciem - ponieważ oczyszcza; pieczęcią - ponieważ strzeże nas i jest znakiem panowania Boga (por. KKK 1216).

         W języku angielskim oprócz znanego słowa baptism (od pochodzącego z greki „baptise”) używany jest także inny czasownika to christen [wymowa: tu kristen], który oznacza zarówno „chrzcić” jak i „otwierać”, „nadawać imię”, ‘‘nazywać”, „rozpocząć”, „inaugurować”. Te różne określenia opisujące rzeczywistość chrztu świętego pozwalają pogłębić jego zrozumienie. My także choć na ogół używamy nazwy chrzest to odwołujemy się w liturgii do wielu znaków. Na przykład zapalane są świece na ołtarzu, paschał i świeca chrzcielna, aby uświadomić, że chrzest jest oświeceniem. Używamy białej szaty, która nawiązuje do starej, czcigodnej tradycji przywdziewania białych szat przez katechumenów, w których chodzili przez cały tydzień od momentu chrztu, czyli od Wigilii Paschalnej aż do drugiej niedzieli Wielkanocnej. Mamy też namaszczenie, które oznacza włączenie w królewski, prorocki i kapłański lud Boga. Chrzest rozpoczyna więc nasze kapłańskie życie. Każdy ochrzczony staje się poprzez chrzest kapłanem.

         Kapłaństwo kojarzy się na ogół ze święceniami diakonów, prezbiterów i biskupów, dlatego tak łatwo zapomnieć, że to jest kapłaństwo służebne - nazywane urzędowym lub hierarchicznym,  ustanowione przez Chrystusa w Wieczerniku po to, by służyć innemu kapłaństwu, które udzielane jest w czasie chrztu. Nazywamy je „powszechnym kapłaństwem wiernych”. Pismo święte określa je jako „święte” i „królewskie kapłaństwo”. Tak pisał św. Piotr (1P 2,5-9) do chrześcijan z jednej z gmin w Azji Mniejszej, przeżywających ośmieszanie i oskarżenia ze strony nieprzyjaznego pogańskiego otoczenia, aby ich umocnić i pocieszyć, przypominając przywileje, które daje im chrzest. Jest wśród nich właśnie „święte kapłaństwo” każdego ochrzczonego.

         W 1996 roku ukazała się niezwykła książka napisana w 50. rocznicę święceń kapłańskich przez bł. Jana Pawła II. Papież zatytułował ją „Dar i Tajemnica”. Na jej kartach odnajdziemy też piękny fragment rozważania o relacji świętego kapłaństwa wiernych i kapłaństwa służebnego oraz odniesienia ich obu do Eucharystii. Papież pisał: W czasie Mszy świętej po przeistoczeniu kapłan wypowiada słowa: „Oto wielka tajemnica wiary".  Słowa te odnoszą się oczywiście do Eucharystii, ale w jakiś sposób odnoszą się również do kapłaństwa. Nie ma bowiem Eucharystii bez kapłaństwa, podobnie jak nie istnieje kapłaństwo bez Eucharystii. Nie tylko kapłaństwo służebne jest z Eucharystią ściśle powiązane; również i kapłaństwo powszechne wszystkich ochrzczonych zakorzenia się w tym samym misterium. Na słowa celebransa wierni odpowiadają: „Głosimy śmierć Twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy Twego przyjścia w chwale". Przez uczestnictwo w Ofierze Eucharystycznej wierni stają się świadkami  Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego, zobowiązując się do uczestnictwa w Jego troistej misji: kapłańskiej, prorockiej i królewskiej, w którą zostali włączeni od samego chrztu, jak to przypomniał Sobór Watykański II.

         Kapłan, jako szafarz „Bożych tajemnic", służy zarazem kapłaństwu wspólnemu wiernych. To on, głosząc słowo i sprawując sakramenty, zwłaszcza Eucharystię, uświadamia całemu Ludowi Bożemu jego uczestnictwo w kapłaństwie Chrystusa, a zarazem pobudza go do aktualizacji tego uczestnictwa. Kiedy po przeistoczeniu padają słowa: Mysterium fidei, wszyscy wezwani są do uświadomienia sobie jakiejś szczególnej kondensacji egzystencjalnej tego, czym  jest misterium Chrystusa, Eucharystii i kapłaństwa.[1]

         Bogactwo chrztu świętego możemy zatem odkrywać nie tylko przy chrzcielnicy czy kropielnicy w naszym parafialnym kościele. Warto na przykład odszukać swoje świadectwo chrztu. Tam bowiem odnajdziemy nadane nam imię oraz inne ważne informacje, dotyczące tego wyjątkowego wydarzenia. Warto też odnaleźć swą chrzcielną świecę i postarać się, aby towarzyszyła nam przez życie w najważniejszych chwilach i wydarzeniach, takich jak pierwsza Komunia św. ślub i tak… aż do śmierci. Bardzo ważne jest też, aby ojciec jak kapłan przewodniczył domowym posiłkom i modlitwom, zwłaszcza w święta i w niedziele. Warto ciągle odnawiać w sobie obietnice chrztu i wracać do tego fundamentu, który miłosierdzie Boże zapoczątkowało w każdym z nas ochrzczonych...


[1] Jan Paweł II , Dar i tajemnica, wyd. św. Stanisława, Kraków 2005, s. 55

Katecheza szósta:

Rodzice chrzestni, czy jesteście gotowi?

         W naszej religijnej kulturze mocno utrwalił się stereotyp, że rola chrzestnego sprowadza się często tylko do kupowania prezentów: złoty medalik na chrzest, komputer na Komunię, koperta z okazji ślubu. Jednak w ten sposób można utracić jedną ze wspaniałych okazji, aby sakrament chrztu zanurzył w Bogu - i to na całe jego życie -  nie tylko nieświadome swej sytuacji dziecko.

         Każdemu dziecku (zanim osiągnie samodzielność) potrzeba pomocy bardzo wielu ludzi. Są to oczywiście najpierw rodzice, ale i najbliższa rodzina – zwłaszcza babcie i dziadkowie (ileż im zawdzięczamy). Potrzebna jest dobra pani przedszkolanka, kolega z placu zabaw; nauczycielka i koleżanka z klasy, profesor na uniwersytecie i sąsiad w akademiku… Oczywiście ta lista jest niezwykle długa i bogata. Tak jest na każdej płaszczyźnie życia - dojrzałości osobowej, kulturalnej, intelektualnej, społecznej, a także dojrzałości wiary, której nie osiągniemy w izolacji, bez innych ludzi, również bez naszych braci i sióstr w wierze.

         Jeszcze podczas istnienia Związku Sowieckiego, gdy na wsi rodziło się dziecko, urządzano często tzw. nadanie imienia, które trochę przypominało chrzest. Pierwszy sekretarz kołchozu prowadził uroczystość i zapraszał kolejno do złożenia życzeń pioniera, komsomolca i członka partii. Każdy z nich przynosił dziecku jakiś charakterystyczny dar. Mały pionier - czerwoną chustę, komsomolec - odznakę, a towarzysz nie podbitą jeszcze legitymację partyjną z wpisanym już nazwiskiem dziecka. To był taki obraz losów tego małego człowieka jakby w "pigułce”. Jego życie w znacznej mierze wyznaczały potem spotkania z tymi ludźmi i reprezentowanymi przez nich organizacjami.

         Życie wiary, o którą prosimy w chrzcie, również wyznaczają ludzie, których ochrzczone dziecko spotka w swym dziecięcym, młodzieńczym i dojrzałym życiu. W przypadku niemowlęcia, ponieważ jest jeszcze za małe, aby samemu tych ludzi poszukać, ich znalezieniem zajmują się rodzice. Stosowane przez nich kryteria wyboru często świadczą o dojrzałości ich własnej wiary. Jeżeli wyborem chrzestnego rządzi jedynie reguła koligacji rodzinnych albo zamożność i pozycja społeczna, to bliżej tu do związków mafijnych w stylu sycylijskiego „ojca chrzestnego” niż do autentyzmu wiary.

         Wybór chrzestnych często staje się przyczyną konfliktu z księdzem i z parafią, w której dziecko ma zostać ochrzczone. Pojawia się żal o ilość wymaganych dokumentów potwierdzających zgodność życia kandydata na chrzestnego z wartościami ewangelicznymi i nauką Kościoła. Jednak takie wymaganie jest niezbędnym minimum. Chrzestny czy chrzestna stają przy dziecku nie tylko w swoim czy rodziny imieniu, ale w imieniu całej wspólnoty Kościoła, którą oficjalnie i uroczyście reprezentują. Dlatego nie wolno "przymykać oka" na tę sprawę. Także rodzice, którzy przez rozmaite zabiegi starają się przeforsować swego kandydata, tak naprawdę wyrządzają tylko krzywdę dziecku. Z jednej strony pragną zanurzyć swojego syna czy córkę w Bogu, a z drugiej strony otaczają ludźmi, których życie religijne nie stanowi zachęty do takiego zanurzenia. Choć sprawa jest delikatna i nikt nie chce się stawać sędzią drugiego, to jednak czasem niezbędna jest dłuższa rozmowa i podanie wszystkich racji. Mają to być zawsze racje wiary i troski o zbawienie dziecka, a nie ziemskie układy, po których pozostaną tylko zgliszcza rozczarowań.

         Kościół od najdawniejszych czasów stawiał przed chrzestnymi zadania, które zawarto w krótkim sformułowaniu: „chrzestny (…) ma dorosłemu towarzyszyć w chrześcijańskim wtajemniczeniu, a dziecko wraz z rodzicami przedstawiać do chrztu oraz pomagać, żeby ochrzczony prowadził życie chrześcijańskie odpowiadające przyjętemu sakramentowi i wypełniał wiernie złączone z nim obowiązki” (KPK, kan. 872). Przedstawienie do chrztu dziecka, zwłaszcza gdy pierwsze skrzypce grają jego rodzice, nie stanowi wielkiego wyzwania dla chrzestnych. Wyzwanie zaczyna się później. To jego dotyczy pytanie skierowane do rodziców chrzestnych już we wstępie liturgii chrztu świętego: „czy jesteście gotowi pomagać rodzicom tego dziecka w wypełnianiu ich obowiązków?” Odpowiedź: „Jesteśmy gotowi!”, jak zawsze, weryfikuje życie. Ono pokaże czy chrzestni to tylko postaci z fotografii, czy też prawdziwi starsi bracia i siostry w wierze, na których zawsze można się oprzeć.

         Święty Cezary z Arles, który w VI wieku po Chrystusie, był biskupem tego galijskiego miasta, mówił do chrzestnych w jednym ze swych kazań: „Wiedzcie, że przed Bogiem jesteście poręczycielami tych dzieci, które przyjmujecie na chrzcie. Starajcie się też dlatego je zawsze napominać i karcić, aby żyły w czystości, trzeźwości i sprawiedliwości. Przede wszystkim nauczcie je Symbolu Apostolskiego i Modlitwy Pańskiej. Zachęcajcie je do pełnienia dobrych czynów nie tylko słowami, ale przykładem. Kto sam żyje czysto, trzeźwo i sprawiedliwie, ten daje innym przykład dobrego życia i otrzyma nagrodę tak za siebie, jak też za nich"[1].

         Pod koniec IV wieku św. Jan Chryzostom napominał rodziców chrzestnych: „Jeśli piękną jest rzeczą tych także zapalać do cnoty, wobec których nie mamy żadnych zobowiązań, to tym bardziej winniśmy to czynić względem tego, którego przyjęliśmy za duchowego syna. Wiedzcie więc, rodzice chrzestni, że w razie niedbalstwa grozi wam niemałe niebezpieczeństwo”[2].

         W liturgii Kościoła przeżywamy właśnie Paschę Pana Jezusa, czyli Jego przejście ze śmierci do Zmartwychwstania. Wszyscy jesteśmy zaproszeni do uczestnictwa w tym Przejściu. Szczególne zaproszenie dotyka ochrzczonych dorosłych katechumenów i dzieci, które nie wiedzą jeszcze o tym, że właśnie rozpoczęły swe życie wiary. One nie wiedzą, ale my wiemy. Ich wiara, jak mała roślinka, będzie rosnąć od ziarenka ku owocującemu drzewu. Wzrost ten zależy także od rodziców i chrzestnych - od ich wiary. Ona jest najważniejszym prezentem, który możemy podarować. Jako rodzice chrzestni módlmy się zawsze za tych, których rodzina i Kościół nam powierzyli. Ich życie doczesne i wieczne bardzo mocno zależy także od naszego konsekwentnego świadectwa Ewangelii. Westchnijmy też do Pana za naszych rodziców chrzestnych. O wiele więcej im przecież zawdzięczamy, niż tylko pamiątki i prezenty, które najłatwiej zauważyć...


[1] Kazanie 229,6, w: Św. Cezary z Arles, opr. Antoni Żurek, Kraków 2002, „Ojcowie żywi”, t. 17, s. 140–141.

[2] Św. Jan Chryzostom, Katechezy chrzcielne, 2,16; przeł. Wojciech Kania, Lublin 1993, s. 47.


Katecheza siódma:

Chrzcielne imię 

Przed wielu laty na recepcji dużego domu pielgrzymkowego zadzwonił telefon i rozmówca przedstawił się następująco: „ Halo! Tu dzwoni z lotniska Mieczysław Fogg. Czy to nazwisko coś panu mówi?” Oczywiście, że to nazwisko mówiło. Legenda polskiej muzyki jeszcze w okresie przedwojennym, a potem przez dziesięciolecia niekwestionowany lider piosenki lirycznej. To zdanie wypowiedziane przez telefon: „Czy to nazwisko coś panu mówi?” przypomina jak to jest mieć nazwisko, które „mówi”. Nasze nazwiska i imiona „mówią” coś raczej tylko najbliższym. Dla nich mają szczególne znaczenie – dla mamy, ojca, rodziny i przyjaciół… Dla innych często nic „nie mówią”.

Zupełnie inaczej jest przed Bogiem. Dla Niego nie jesteśmy tylko anonimowymi numerami PESEL, kimś w tłumie. On nie zwraca się do nas bezosobowo. Dla Niego jestem jedyny. Jemu moje imię coś „mówi”. Tak naprawdę Bogu jednemu wszystko „mówi” i nigdy nie pomyli mnie z kimś innym. Gdy zmartwychwstały Chrystus spotkał Marię Magdalenę, ona nie rozpoznała Jezusa. Sądziła, że stoi przed nią ogrodnik, którego posądzała, że jest  odpowiedzialny za zniknięcie ciała Pana z grobu. Wtedy Jezus powiedział tylko jedno słowo – jej imię: „Mario”. A ona już wiedziała wszystko. Bo nikt tak nie wypowiadał jej imienia jak Jezus. Nikt nie potrafił zawrzeć w tym jednym słowie tyle miłości i przebaczenia, ciepła i czułości, wiedzy o tym co najbardziej ukryte i radości z piękna, którego była nosicielem. Znać czyjeś imię to znać istotę człowieka, całe bogactwo ludzkiego serca: wszystko to co w nim wzniosłe i piękne, ale także co grzeszne i słabe.

Świadectwa takiego rozumienia imienia odnajdujemy na kartach Pisma Świętego. Bóg nadaje pierwszemu człowiekowi imię, a potem Adam nazywa imieniem także swoją żonę. W Księdze Proroka Izajasza Bóg zwraca się do Izraela: „nie lękaj się niczego, bo Ja cię wykupiłem, przywołałem cię po imieniu i należysz do Mnie” (Iz 43,1) Powołanie Samuela rozpoczyna się od wołania jego imienia. Nawet wobec niewolnicy, do której nikt nie zwracał się po imieniu, Bóg postępuje inaczej i pyta ją: „Hagar, niewolnico Saraj, skąd przychodzisz i dokąd idziesz?” (Rdz 16,8). Bóg Starego Przymierza występuje zawsze jako Bóg konkretnych ludzi: Abrahama, Izaaka, Jakuba, Mojżesza, Dawida. W Nowym Testamencie Jezus  powołuje po imieniu dwunastu Apostołów. Niektórym z nich zmienia imię, jak np. Szymonowi synowi Jana, który odtąd będzie się nazywał Skała – Piotr. A charakteryzując swą  misję powie, że Dobry Pasterz „woła swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych". Ostatnia księga Pisma Świętego,  Apokalipsa,  przedstawia obietnicę złożoną kościołowi w Pergamonie: „Zwycięzcy dam mannę ukrytą oraz biały kamień z wypisanym na nim nowym imieniem. A imię to nie będzie znane nikomu prócz tego, który je otrzymuje” (Ap 2,17). To obietnica, która także nas dotyczy. W starożytnym greckim świecie sędziowie posługiwali się białymi i czarnymi kamieniami oznaczającymi niewinność lub winę. Biały kamień był symbolem niewinności. Zatem wręczając u bram nieba biały kamień Jezus mówi, że cała nasza grzeszna przeszłość została zmazana. Nowe imię wypisane na kamyku niewinności wiąże się tylko z tym, co w nas godne jest życia wiecznego.

W Biblii imienia się nie wymyślało. Można je było wyłącznie odkryć. Gdy rozpoczynamy nowe życie przez chrzest zanurzający w Chrystusa, otrzymujemy także imię. Wybierają nam je na ogół rodzice, dla których jest to zarazem test ich wiary. Gdy pada pytanie celebransa: „jakie imię wybraliście dla swojego dziecka?” czekamy na odpowiedź, która wyrasta z modlitwy i prośby o odkrycie bożej woli dla przyjmującego chrzest dziecka. W dzisiejszej mentalności zadanie „odkrywania imienia” w wierze bywa zastępowane  modą, estetyką, czy pragnieniem zwrócenia uwagi. Stąd czasem takie dziwne imiona, które rodzice nadają swoim dzieciom.

Bardzo piękna jest tradycja Kościoła. Według niej w wyborze imienia dziecka kierowano się kalendarzem świętych Kościoła. Imię wiąże wtedy z konkretnym patronem. Kimś, kto z nieba będzie opiekował się mną na mojej drodze życia, abym i ja dołączył do grona świętych. Dlatego liturgia chrzcielna zawiera także litanię do Wszystkich Świętych, bowiem w tej ważnej chwili pragniemy włączyć w zanurzenie w Bogu nie tylko ziemię ale i całe niebo.

Moje chrzcielne imię „mówi” o mnie Bogu. Ono mówi także o wierze moich rodziców, o moim patronie, którego warto poznać i zaprzyjaźnić się z nim. Jest też  ciągle tajemnicą do odkrycia. Warto odczytać co znaczy moje imię, z jakiego języka pochodzi i z jakimi świętymi patronami mnie wiąże. Warto też często po imieniu zwracać się do moich braci i sióstr, bo przecież po imieniu zna nas sam Bóg i tak się też do nas zwraca.

Opracował ks. dr Włodzimierz Skoczny


Katecheza ósma:

Ochrzczony jest namaszczony – "Namaszczam cię krzyżmem zbawienia”

W czasie pobytu w Ziemi Świętej jednemu z pielgrzymów przydarzyły się ogromne problemy żołądkowe. Zatrucie pokarmowe, które powodowało szybkie odwodnienie organizmu i wysoką gorączkę, nie ustępowało pomimo zażywania przywiezionych z kraju leków. Wtedy jeden z prowadzących dom pielgrzyma franciszkanów - ojciec Rafael, o którym opowiadano, że przyjaźnił się nie tylko z Palestyńczykami, ale nawet z Beduinami, wziął go do ogrodu niedaleko Getsemani i pokazał, które ziele trzeba zerwać. Było to coś podobnego w smaku i zapachu do mięty. Zaparzony wywar rzeczywiście przyniósł ulgę. Wizyta w ogrodzie słała się okazją do nauki praktycznej mądrości i zaradności ludzi Wschodu. Ojciec Rafael wyjaśnił bowiem,  że gdy na pustyni znajdzie się trochę wody, to najpierw sadzi się tam drzewo oliwne, a potem właśnie to ziele. Wszechstronne działanie obu tych roślin leczy, daje cień, ozdabia, a owoce drzewa pozwalają na produkcję oleju, który może być zarówno ochroną skóry przed słońcem, jak i dodatkiem do jedzenia, a nawet paliwem w lampkach. Trudno znaleźć bardziej pożyteczne rośliny. Oliwa ma także zastosowanie religijne. Zmieszana z wonnymi ziołami w czasach biblijnych służyła do namaszczania królów, kapłanów i proroków.

         W Starym Testamencie Aaron, wybrany na kapłana, rozpoczyna pełnić swój urząd po namaszczeniu przez Mojżesza. (por. Kpł 8,12). Podobnie z namaszczeniem związane było posłannictwo prorockie (por. 1 Krl 19,16; Iz 61,1). Wreszcie najbardziej spektakularne wybranie najmłodszego syna Jessego - Dawida na króla rozpoczyna się od namaszczenia go przez proroka Samuela (1 Sam 16,13). Ten znak wyraża wiarę w to, że tak, jak olej wnika w skórę, tak Boża łaska i moc przenikają wybranego na proroka, kapłana czy króla. Odtąd nie będzie już pełnił swojej woli, ale Tego, który go wybrał i namaścił.

         Wszystkie starotestamentalne namaszczenia stanowią zapowiedź Mesjasza, czyli Namaszczonego, po grecku Chrystusa, który przewyższy wszystkich dotychczasowych proroków, królów i kapłanów. Pan Jezus odnosi tę zapowiedź do siebie w synagodze w Nazarecie: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana” (Łk 4, 18-19).

         Chrzest, czyli zanurzenie w Chrystusie, stanowi także nawiązanie do Jego namaszczenia. Podczas udzielania sakramentu chrztu ma miejsce namaszczenie, które jest „obrzędem wyjaśniającym”, ale bardzo znaczącym.  Gdy z namaszczonej  głowy olej ściekał na policzki, brodę i na całe ciało człowiek stawał się namaszczony tym samym olejem. Naszą głową jest Chrystus, czyli Namaszczony, co prawda nie oliwą, ale Duchem Świętym, który z Jezusa - Głowy „spływa” na nas; na cały Kościół.

         Olej używany przy namaszczeniu chrzcielnym jest mieszaniną jasnej oliwy i ciemnego balsamu. Zwiemy go olejem krzyżma. Słowo to pochodzi z języka  łacińskiego i oznacza „namaszczenie” (chrisma). Zostaje on poświęcony na zakończenie Wielkiego Postu w czasie Mszy Świętej Krzyżma sprawowanej zwykle w Wielki Czwartek przed południem w katedrze pod przewodnictwem biskupa. Olej ten pochodzi z tłoczenia – brutalnego procesu wyciskania soku z oliwek, który przypomina Jezusową mękę. Aby otrzymać drogocenną oliwę trzeba zmiażdżyć owoc drzewa.

         Ten olej krzyżma wykorzystuje Kościół przez cały rok do wielu namaszczeń – w czasie chrztu, bierzmowania, świeceń kapłańskich i biskupich, poświęcenia świątyni i ołtarza. W liturgii chrzcielnej kapłan namaszcza znakiem krzyża głowę dziecka i wypowiada słowa: „Bóg wszechmogący, Ojciec naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który cię uwolnił od grzechu i odrodził z wody i z Ducha Świętego, On sam namaszcza ciebie krzyżmem zbawienia, abyś włączony do ludu Bożego, wytrwał w jedności z Chrystusem Kapłanem, Prorokiem i Królem na życie wieczne”. W ten sposób rozpoczyna się potrójna misja małego chrześcijanina, na początku tak cicha i ukryta jak olej wnikający w skórę. Warunkiem jej skuteczności jest jednak zawsze „wytrwanie w jedności z Chrystusem”, Mesjaszem.

         Jaka misja łączy się z byciem kapłanem, prorokiem i królem? Kapłan to ten, który składa ofiary. Naszą ofiarą jest nasze życie. Wszystkie uczynki i modlitwy, życie codzienne według właściwego stanu, praca i wypoczynek, także trudności i cierpienia, jeśli są cierpliwie znoszone, stają się duchowymi ofiarami. Składamy je Ojcu podczas celebrowania Eucharystii, wraz z ofiarą Ciała Pańskiego – przypomina katechizm (KKK 901). Te ofiary ze swojego życia składa każdy ochrzczony - tak świecki, osoba konsekrowana czy kapłan.

Prorok to ten, który jest świadkiem Boga, który mówi to, czego Bóg oczekuje od ludzi. Dar proroctwa, czyli dar odczytywania Bożej woli wobec człowieka także dotyczy każdego z nas. To dar, który zobowiązuje. Nie został bowiem dany tylko dla nas samych.

         Król to ten, który ma władzę. I my ją także posiadamy. Przede wszystkim władzę panowania nad sobą. Ten, kto utrzymuje w karności swoje ciało i kieruje swoją duszą, nie pozwalając, by była ona niepokojona namiętnościami, jest panem siebie; słusznie może być nazwany królem, ponieważ umie panować nad sobą; jest wolny i niezależny oraz nie poddaje się w niewolę grzechu - pisał św. Ambroży. Apostoł Narodów dodaje: Jeśli ktoś nie umie stanąć na czele własnego domu, jakżeż będzie się troszczył o Kościół Boży? (1 Tym 3,5)  Pokaż, że umiesz „stanąć na czele” siebie samego. Wtedy okaże się, czy potrafisz być królem na wzór Chrystusa. On – mający wszelką władzę w niebie i na ziemi – nie przyszedł, by Mu służono, ale żeby służyć. Nam także powierzono władzę, a wraz z nią obowiązek troski i służby.

         W bogactwie chrzcielnych znaków jest jeszcze jeden szczegół związany z namaszczeniem. Naoliwione ciało trudno jest uchwycić. Dlatego starożytni zapaśnicy stając do walki namaszczali swe ciało, by stać się jakby nieuchwytnymi dla przeciwnika. Chrzest wzywa do podobnej walki, gdyż zły duch bardzo chciałby nas zatrzymać w niewoli grzechu i póki żyjemy na ziemi będziemy się z nim zmagać. Namaszczenie Duchem Świętym czyni nas "nieuchwytnymi" dla niego. Każde odnowienie przyrzeczeń chrztu świętego jest także ponowieniem tego namaszczenia. Ono pomaga wymknąć się przeciwnikowi i na nowo nasycić się łaską z nieba.

         Często w naszym życiu używamy różnego rodzaju oleju. Niech te codzienne, prozaiczne sytuacje przypominają nam nasze chrzcielne namaszczenie, zapalają do pełnienia misji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej oraz wspomagają do przezwyciężania wszystkich zasadzek Złego.

Opracował: ks. dr Włodzimierz Skoczny


Katecheza dziewiąta:

Chrzest i nowa szata – "otrzymujesz białą szatę".

W opowiadaniu rosyjskiego pisarza Lwa Tołstoja mamy przedstawionego surowego władcę, który u schyłku życia zbiera wszystkich swoich kapłanów i mędrców i rozkazuje im, aby pokazali Mu Boga. Na wykonanie zadania dostają trzy dni. Przerażeni dworzanie, bezradni wobec takiej prośby, drżą przed nadchodzącą karą. Wracający z pola pasterz ratuje ich przed gniewem króla – ośmiela się bowiem spełnić królewskie żądanie. Staje przed władcą i wyjaśnia, że oczy ludzkie nie są w stanie zobaczyć Boga, tak jak nie jest możliwym wpatrywanie się w oślepiające słońce, dlatego Boga w ten sposób pokazać mu nie może. Może natomiast ukazać mu postawę Boga i Jego czyny. Król zaciekawiony zachowaniem się i pewnością siebie pastucha, godzi się na propozycję. Pasterz wyjaśnia, że dla pojęcia działania Boga muszą zamienić się strojami. Śmiała propozycja może kosztować pastucha głowę. Król jednak przystaje na ten pomysł i ubiera się w łachmany, a pastuch przywdziewa królewskie szaty. Pasterz wyjaśnia, że podobną zamianę uczynił Bóg z nami, gdy Chrystus porzucił niebieskie splendory, by stać się człowiekiem. Jak napisze w liście św. Paweł: ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi. A w zewnętrznej postaci uznany za człowieka, uniżył samego siebie [...] aż do śmierci krzyżowej [por. Flp 2, 7-8]

"Bóg [jak mówią Ojcowie] dokonał sacrum commercium, świętej wymiany: przyjął to, co było nasze, abyśmy mogli otrzymać to, co było Jego, upodobnić się do Boga". Góralska pastorałka wyraża to językiem najprostszym, zrozumiałym dla każdego:

Cy nie lepiej Tobie by, Tobie by
siedzieć było w niebie,
wsak Twój Tatuś kochany, kochany
nie wyganiał Ciebie.

Tam ci zawsze słuzyły, słuzyły
prześliczne janioły,
a tu lezys sam jeden, sam jeden
jako palec goły

Tam wciornaska wygoda, wygoda,
a tu bieda wsędzie,
ta Ci teraz dokuca, dokuca.
ta i potem będzie.

Podobna święta wymiana dokonuje się podczas chrztu św. Święty Paweł, opisując ten sakrament pełen głębokich znaków, nawiązuje do szaty, która staje się odtąd odzieniem ochrzczonego: wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa (Ga 3, 27). To właśnie dzieje się podczas chrztu św. przyoblekamy się w Chrystusa. On daje nam swoje szaty, a wraz z nimi całe swoje życie i radość przebywania z Ojcem na wieki, a sam przyobleka się w nasze szaty cierpienia i radości, a także głodu, pragnienia, zmęczenia, nadziei, rozczarowania i lęku przed śmiercią.

Motyw "przyoblekania się" czy "ubierania się" w boskie białe szaty pojawia się często w Biblii. Zawsze oznacza on zaproszenie do uczestnictwa w tym, co Boże. Widać to np. w opisie Przemienienia na Górze Tabor. Opisując przemienionego Pana św. Marek zaznacza, że Jego szaty stały się lśniąco białe, jak ich żaden farbiarz na ziemi wybielić nie potrafi (Mk 9,3). Apokalipsa zaś przynosi nam obraz 144 tysięcy wybranych, których szaty były godne Boga, ale nie ze względu na ich własne zasługi. Biel ich szat pochodziła stąd, że obmyli swe szaty i wybielili je we krwi Baranka (Ap 7,14). Papież Benedykt XVI wspominał, że jako mały chłopiec dziwił się brakowi logiki w tym tekście. Przecież jak się płótno zanurzy we krwi, to ono staje się czerwone, a nie białe. Wiele lat później zrozumiał jednak, że św. Jan nie pomylił się w tym co napisał. "'Krew Baranka' to miłość Chrystusa ukrzyżowanego. To właśnie ta miłość wybiela nasze brudne szaty; oświeca prawdą naszą ciemną duszę; i pomimo wszystkiego, co w nas mroczne, przemienia nas «w światło Pana»".

Kościół od najdawniejszych czasów tak starał się odczytywać łaskę chrztu – jako włożenie nowej szaty, którą jest miłość Chrystusa. To dlatego katechumeni przystępujący do Chrztu Świętego w Wigilię Paschalną przywdziewali białe szaty i nosili je cały tydzień aż do Niedzieli Białej. Dla nich św. Ambroży pisał ważne pouczenie: Następnie przyjąłeś białe szaty, aby okazać, iż zdjąłeś już okrycie grzechu, a przywdziałeś czyste szaty niewinności, o których mówi Prorok: "Pokrop mnie hizopem, a stanę się czysty, obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję". Zarówno bowiem według Starego Prawa, jak i Ewangelii ten, kto przyjmuje chrzest, dostępuje oczyszczenia. Według Prawa, ponieważ Mojżesz dokonał pokropienia gałązką hizopu zanurzoną we krwi baranka; według Ewangelii, ponieważ szaty Chrystusa były białe jak śnieg, kiedy w Ewangelii objawił chwałę swego zmartwychwstania. Bielszym od śniegu jest każdy, któremu grzech został odpuszczony. Dlatego Pan mówi przez proroka Izajasza: "Choćby grzechy wasze były jak szkarłat, nad śnieg wybieleją".

W liturgii sakramentu Chrztu Świętego aż po dzień dzisiejszy zachowano odwołanie do znaku nowej szaty. Zwracając się do dziecka po imieniu kapłan mówi po chrzcie, że "stałeś się nowym stworzeniem i przyoblokłeś się w Chrystusa, dlatego otrzymujesz białą szatę. Niech twoi bliscy słowem i przykładem pomagają ci zachować godność dziecka Bożego, nieskalaną aż po życie wieczne". Jest to więc zadanie, które odtąd stanie się udziałem samych ochrzczonych ale i ich rodzin i całej wspólnoty Kościoła. Zamiana szat dokonuje się przecież po to, aby Bóg mógł nas spotkać odzianych w białe szaty Jego życia na uczcie w Swoim królestwie.

autorstwa ks. dr Włodzimierza Skocznego.


Katecheza dziesiąta:

Chrzest na życie wieczne

Chrzest, czyli zanurzenie w Chrystusie, nie  jest  jedynym „zanurzeniem” człowieka. Wszyscy jesteśmy zanurzeni w doczesności. Musimy jeść, pić, ubierać się, pracować, dbać o wypoczynek ciała i ducha, podejmować każdego dnia wiele wyborów, które pokazują, że prawdziwie jesteśmy dziećmi tego świata. Nie ma w tym nic złego, bo przecież sam Syn Boży przez swoje Wcielenie przyjął na siebie człowieczą dolę. Zanurzenie w świecie może jednak tak zająć nasze myśli, i tak skupić uwagę na tym, co na ziemi, że zapomnimy o Chrystusie i o powołaniu do życia w wieczności. Troska o codzienny byt, wpisana w życie każdego z nas, zamknie nas na wieczność, gdy uznamy ją za jedyną troskę i w niej złożymy swe nadzieje. Łaska chrztu, która otwiera przed nami perspektywę wieczności, nie działa automatycznie. To, czy rzeczywiście zanurzymy się w Bogu na wieki, zależy od tego, jak pokonamy pokusę zamknięcia nas w doczesności.

W II Księdze Królewskiej (zob. 2 Krl 5,1-27) mamy przedstawioną historię uzdrowienia Naamana. Był on szanowanym dowódcą wojsk króla Aramu. Nie brakowało mu w życiu nic prócz zdrowia. Był chory na trąd. Nieuleczalna choroba niszczyła stopniowo jego ciało. Pewnego dnia jedna ze służebnic zagarniętych w czasie wojennych wypraw z ziemi Izraela opowiedziała mu o proroku, który może u Boga wyprosić jego uzdrowienie. Naaman był rzadkim przypadkiem władcy, który słucha swoich poddanych i za radą niewolnicy pojechał do proroka Elizeusza. Zabrał ze sobą bogate prezenty, obfite wynagrodzenie i z wielkim orszakiem zjawił się przed namiotem proroka. Ten jednak, gdy mu przedstawiono prośbę przybysza, nawet nie wyszedł go przywitać i przez sługi polecił mu obmyć się siedem razy w wodach Jordanu. Na tę radę i postępowanie proroka, Naaman uniósł się gniewem. Inaczej sobie wyobrażał tę wizytę. Duma wodza i jego urażone ambicje spowodowałyby pewnie powrót do domu z niczym, może nawet wymierzenie siłą należnej lekcji szacunku temu nieznanemu prorokowi, gdyby znowu nie słudzy, którzy uspokajając wzburzonego pana, przemówili mu do rozsądku w bardzo pragmatyczny sposób – jak już przejechaliśmy taki kawał drogi, to co ci szkodzi siedem razy zanurzyć się w rzece. Przecież to nic trudnego. I tym razem Naaman okazał się człowiekiem, w którym – zapewne nie bez wewnętrznej walki – rozsądek zwycięży nad uczuciami i postąpił według słów proroka. I stał się cud – trąd ustąpił, a jego ciało „stało się na powrót jak ciało małego dziecka” (2 Krl  5,14).

Uzdrowienie Naamana jest zapowiedzią chrztu świętego, który także obmywa nas z „trądu” grzechu nie przez cudowne właściwości wody, ale za łaską Boga, której woda jest tylko materialnym znakiem. Do cudu by jednak nie doszło, gdyby u Naamana zwyciężyła doczesność – w jego przypadku była to pycha wodza, który zwykł sam podejmować decyzje i rozwiązywać trudności bez oglądania się na opinie poddanych.

Pokusa doczesności, którą pokonał w sobie Naaman, dotknęła jednak kogoś innego. Gdy uzdrowiony wódz wrócił z wdzięcznością do proroka Elizeusza ofiarował mu wszystkie przywiezione przez siebie skarby. Ale ten nie chciał nic z prezentów Naamana, ciesząc się razem z nim, że to Bogu należą się dzięki. Gdy wódz odjechał, jeden ze sług proroka Elizeusza, niejaki Gechazi, zawiedziony i zrozpaczony zupełnie dla niego niezrozumiałą bezinteresownością swego mistrza postanowił sam zadbać o własne interesy. Pospieszył za orszakiem Naamana i kłamiąc, wyłudził nagrodę za uzdrowienie wodza. Gdy wrócił z powrotem do domu proroka nie pochwalił się efektami swojej ziemskiej zapobiegliwości. Przed wzrokiem Elizeusza nic nie udało się ukryć. Skoro tak bardzo pragnął skarbów tej ziemi, to odziedziczył także ich choroby. Trąd Naamana przylgnął do Gechaziego. Zbytnia troska o ziemski dobrobyt, która nie liczy się z Bogiem, zamyka drogę do szczęścia. Kto pragnie doczesności za wszelką cenę zostanie zamknięty w doczesności – nawet gdyby cieszył się wcześniej bliskością proroków.

To dlatego na drodze do chrztu Kościół - świadom pokusy doczesności - stawia katechumenom (lub w przypadku dzieci ich rodzicom) trzy ważne pytania. Pierwsze z nich dotyczy wyrzeczenia się grzechu, drugie wyrzeczenia się wszystkich okoliczności, które prowadzą do grzechu i wreszcie wyrzeczenia się szatana, który jest „głównym sprawcą grzechu”. Wszystkie one stanowią wielkie ostrzeżenie, że na drodze do wieczności czeka nas bój, w którym doczesność będzie kusić swoją wyłącznością. Zabezpieczyć się na tym świecie – zrobić karierę, zdobyć pieniądze, władzę, uznanie u ludzi – to zanurzenie w świat, który zapomina o życiu wiecznym. Wielki przemysł powstał tylko po to, by zatrzymać człowieka w doczesności i by przypadkiem nie zapytał, co stanie się, gdy któregoś dnia zgasną kolorowe światełka dyskotek, zamilknie wprowadzający w bezmyślny trans rytm techno i przestanie lać się piwo przy byle okazji.

Pan Jezus wielokrotnie upominał swych uczniów, by „nie starali się zbytnio o życie, o to co będziemy jeść, ani o ciało, czym będziemy się przyodziewać” (zob. Łk 12,22n), ale zalecał: „starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a wszystko będzie wam dodane” (Mt 6,33). W tym tekście całe niebezpieczeństwo zanurzenia w świecie zawiera się w krótkim słowie „zbytnio” – bo dobra jest codzienna troska o chleb i odzienie, ale może się okazać przeszkodą, gdy troszczymy się o nie „zbytnio”, tzn. tak, że ginie w nas pragnienie życia wiecznego, a doczesność staje się jedynym horyzontem naszej nadziei.

Zanurzyć się w Chrystusie to przekroczyć doczesność. To wejść do wiecznego odpoczynku, którego nie niszczy „rdza” ani „mól”, ani „złodziej nie ukradnie”. To poddać się oczyszczającemu działaniu Boga, który jedyny jest w stanie przywrócić nam, jak Naamanowi, nie tylko delikatną skórę niemowlęcia, ale i niewinność dziecka Bożego, która poprzedzała wszelkie „trądy” naszego życia.

Gdy wchodzimy do kościoła, odnajdujemy tam kropielnice, w których w poświęconej wodzie maczamy nasze palce i czynimy znak krzyża. Niech ten prosty gest przypomina nam nasz własny chrzest i otwarte dla nas bramy nieba. Niech nam pomoże przezwyciężać pokusę doczesności i z zanurzenia w świecie pomaga przechodzić w zanurzenie w Bogu. Bo całe nasze życie wiary jest nieustannym powrotem do łaski Chrztu Świętego i Tego, który pierwszy nas umiłował.

Autor niniejszych dziesięciu katechez pragnie serdecznie podziękować wszystkim, którzy towarzyszyli tym rozważaniom modlitwą, wiarą i życzliwym sercem. Zamykając cykl katechez o Chrzcie Świętym pragnie też życzyć, aby udało się nam łaską chrztu żyć i ciągle na nowo radować się z nadziei zbawienia.