Pyrzowice - Parafia

Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny

Katechezy o sakramencie Eucharystii


Katecheza trzecia:

Tylko jedna Msza Święta…

Trochę mylące może być to, że w biuletynach,  ogłoszeniach, na stronach internetowych oraz plakatach bywają podawane różne godziny rozpoczynania Mszy Świętej w poszczególnych miejscach. Ten porządek odprawiania Eucharystii sugeruje, że każdego dnia jest ona sprawowana kilkaset tysięcy razy, właściwie w każdym zakątku ziemi. Nawet pojawiające się określenia, np. Msza dla dzieci, Msza ślubna czy pogrzebowa sugerują ogromną różnorodność i zmienność tego, co dokonuje się na ołtarzu. Potrafimy tworzyć swego rodzaju rytuał lub zwracamy uwagę na upodobania, które sprawiają, że liczy się przede wszystkim kto i jak celebruje, ile liturgia trwa, a nawet jakie zewnętrzne okoliczności jej towarzyszą. Tak kapłani, jak i wierni ośmielają się nawet mówić o „mojej” czy „naszej” Mszy Świętej, niejako ją zawłaszczając.

Jest to poniekąd zrozumiałe. Jako ludzie podlegamy ograniczeniom czasu i przestrzeni, w których żyjemy. Zwykle postrzegamy i uświadamiamy sobie zdarzenia nie wszystkie naraz, ale po kolei, i klasyfikujemy je jako przeszłe, teraźniejsze i przyszłe. Podobnie patrzymy na dzieło Chrystusa, na Jego życie, Mękę, śmierć i Zmartwychwstanie. To fakty historyczne, które wydarzyły się w konkretnym miejscu i czasie. Ale to było dawno i daleko. W Wielkim Poście przeżywamy na nowo jakiś smutek i żal, korzystamy z obrazów i znaków, aby wyciągnąć z tego ważną naukę i uświadomić sobie, jak bardzo Bóg nas kocha. Ale to jest przeszłość. Skończyło się.

Jednak Pan Bóg nie widzi tego w ten sposób. U Boga nie ma czasu: „jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień” − zauważa św. Piotr (2 P 3,8). Bóg wykracza poza czas i przestrzeń. On żyje w „wiecznym teraz”. Dlatego Męka, śmierć, Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie Chrystusa, czyli to, co w Kościele nazywamy „Misterium Paschalnym”, nie przemija. „Jezus umiera, zostaje pogrzebany, zmartwychwstaje i zasiada po prawicy Ojca «raz na zawsze»". Jest to wydarzenie rzeczywiste, które miało miejsce w naszej historii, ale jest ono wyjątkowe, ponieważ wszystkie inne wydarzenia historyczne występują tylko raz i przemijają, znikają w przeszłości. Misterium Paschalne Chrystusa przeciwnie − nie może pozostawać jedynie w przeszłości, ponieważ przez swoją Śmierć zniweczył On śmierć, a ponadto to, kim Chrystus jest, a także to, co uczynił i co wycierpiał dla wszystkich ludzi, uczestniczy w wieczności Bożej, przekracza wszelkie czasy i jest w nich stale obecne” − zaznacza Katechizm Kościoła (KKK 1085).

To oznacza, że odprawiana Msza Święta nie jest jednostkowym, odseparowanym wydarzeniem. W Eucharystii staje się cud. Ona ”nie tylko przypomina wydarzenia, które dokonały naszego zbawienia, ale aktualizuje je i uobecnia. Misterium Paschalne Chrystusa jest celebrowane, a nie powtarzane” (KKK 1104). Ofiara Chrystusa i ofiara Eucharystii są jedną ofiarą. „Sam Chrystus, wieczny Arcykapłan Nowego Przymierza, działając przez posługę kapłanów, składa Ofiarę eucharystyczną. Sam Chrystus, rzeczywiście obecny pod postaciami chleba i wina, jest również darem ofiarnym składanym w Eucharystii” − mówi nauczanie Kościoła (KKK 1367.1410).

A więc jest tylko jedna Msza, jedna wieczna Eucharystia i Chrystus celebruje ją w niebie. Składa On Ojcu w otoczeniu świętych i aniołów wyśpiewujących Jego chwałę swą raz na zawsze dokonaną ofiarę. Nasza ziemska liturgia uczestniczy w liturgii nieba i daje nam „niejako przedsmak uczestnictwa w liturgii niebiańskiej, odprawianej w mieście świętym Jeruzalem, […] gdzie Chrystus siedzi po prawicy Bożej jako sługa świątyni i prawdziwego przybytku. W liturgii ziemskiej ze wszystkimi zastępami duchów niebieskich wyśpiewujemy Panu hymn chwały” (KKK 1090).

Przez naszą Mszę Świętą, nawet w najskromniejszym parafialnym kościele, zawsze i wszędzie „jednoczymy się już teraz z liturgią niebieską i uprzedzamy życie wieczne” (KKK 1326). Przekraczamy granice czasu i miejsca. Jednoczymy się z całym Kościołem niebieskim (por. KKK 1419), a nie tylko „idziemy na Mszę Świętą”. Łączymy się z całym niebem i ziemią w celebrowaniu jednej wiecznej liturgii.

To absolutnie zawrotna pespektywa! Nie modlimy się sami, ani nawet nie modlimy się z osobami, które są w kościele. Modlimy się z całym Kościołem na całej ziemi i w niebie. Kiedy idziemy na Eucharystię, idziemy do nieba. Taka jest rzeczywistość. To najgłębsza prawda każdej Mszy Świętej, niezależnie od wszystkich zewnętrznych okoliczności takich jak jakość muzyki i śpiewu, trafność kazania i bogactwo szat liturgicznych, liczba zgromadzonych czy ranga uroczystości. Msza Święta jest niebem na ziemi. Dlatego − zauważa św. Jan Paweł II – Eucharystia „jest największym darem, jakim w porządku łaski i Sakramentu Boski Oblubieniec obdarzył i stale obdarza swoją Oblubienicę”, czyli Kościół (List Dominicae Cenae 12).

Ważne jest to, co widzimy i słyszymy, czego doświadczamy za pomocą naszych zmysłów. Kiedy jednak gromadzimy się na Eucharystię, o wiele ważniejsze i prawdziwsze jest to, czego nie widzimy i co umyka naszemu doświadczeniu zmysłowemu. Oto bowiem prawa przestrzeni i czasu, które nas ograniczają na co dzień, ulegają załamaniu. Mamy rzeczywiście bezpośredni przystęp do najświętszych tajemnic, do Boga żywego. Stajemy naprawdę w Wieczerniku, w Ogrodzie Oliwnym, na Golgocie i przy pustym grobie. Jesteśmy w niebie z uwielbionym Panem.  „Darmo wzrok to widzieć chce. Tylko wiara, Boża mowa, pewność o tym w serca śle”.

Bardzo ważny jest ciągły wysiłek przekraczania tylko naszego ludzkiego, niejako zewnętrznego, sposobu patrzenia na Mszę Świętą. Czasem za bardzo koncentrujemy się za sprawach absolutnie drugorzędnych, potrafimy o nie toczyć spory i kłótnie, a umyka istota. Przypominamy Apostołów, którzy dopiero na górze Tabor, przez chwilę zobaczyli prawdziwe, chwalebne oblicze Jezusa i towarzyszących Mu proroków. Choć na co dzień byli tak blisko Pana, nie dostrzegali Jego bóstwa. Góra Przemienienia była momentem przełomowym.

Niech nas Pan Bóg uchroni przed duchową ślepotą. Niech nam da „światłe oczy serca, byśmy wiedzieli, czym jest bogactwo Jego chwały” (por. Ef 1,18). Często się módlmy: „Dotknij Panie moich oczu abym przejrzał. Dotknij Panie moich warg, abym przemówił z uwielbieniem. Dotknij Panie mego serca i oczyść je. Niech Twój Święty Duch dziś ogarnia mnie”. Bo zaiste wielka rozgrywa się tajemnica wiary, gdy Pan nas na Mszę Świętą gromadzi…


Katecheza druga:

Upadnij na kolana…

Chętnie śpiewamy pieśń eucharystyczną, której słowa zapraszają, aby „upadać na kolana” przed naszym Bogiem. Gdy wchodzimy do kościoła, zwykle przyklękamy na jedno lub klękamy na dwa kolana, oddając cześć Chrystusowi obecnemu w tabernakulum. To jest najświętsze miejsce w każdej świątyni. Nasz Bóg tu się ukrywa. Nie widzimy Go, ale On jest prawdziwie i realnie obecny. Zdarzało się, że ludzie wątpili, czy w małym kawałku chleba może się zmieścić Stwórca wszystkiego. Wiele razy Chrystus wychodził naprzeciw tym ludzkim pytaniom i pokazywał, że naprawdę tu z nami pozostał.

Pierwszym odnotowanym w historii Kościoła wydarzeniem potwierdzającym realną obecność Pana Jezusa pod postaciami chleba i wina jest cud w Lanciano [czyt. Lanczjano]. Wydarzył się na początku VIII wieku. Z Konstantynopola przybyła grupa mnichów bazyliańskich. Wśród nich był kapłan, który wątpił w rzeczywistą obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Modlił się, aby Pan usunął tę ranę niewiary z jego serca. Cud wydarzył się podczas sprawowania Najświętszej Ofiary. Mnich, po konsekracji, kiedy wypowiedział słowa: „Bierzcie i jedzcie, to jest moje Ciało... Bierzcie i pijcie, to jest moja Krew” – zobaczył, że hostia zamieniła się w ciało, a wino w kielichu w krew. Dłuższy czas milczał i stał w bezruchu. Potem zawołał: „Patrzcie, oto prawdziwe Ciało i Krew Pana naszego Jezusa Chrystusa, które uczynił widzialne dla mnie w tym celu, abym nie był już niedowiarkiem, lecz wierzącym. Zobaczcie, jaki cud się dokonał”. Kilka dni po tym wydarzeniu zauważono, że cudownie przemienione Ciało Pańskie się kurczy. Umocowano je do specjalnego, kosztownego materiału, aby je zachować w kształcie hostii dla przyszłych pokoleń. Najświętsza Krew Chrystusa skrzepła i podzieliła się na pięć osobnych grudek. Kilkakrotnie w latach 70, 80 i 90 dwudziestego stulecia dokonywano bardzo szczegółowych i długoletnich badań naukowych tego cudu. Stwierdzono, że „cudowne ciało z Lanciano jest cząstką ludzkiego ciała. Cudowna zaś krew jest ludzką krwią”. Ogłoszono, że ciało to dokładnie przekrój mięśnia – z góry na dół wycięty sam środek konającego serca. Ciało i krew mają tę samą grupę krwi AB. Krew i ciało przetrwały w bardzo dobrym stanie ponad dwanaście wieków, co z punktu widzenia naukowego i racjonalnego jest po prostu niemożliwe. Pomimo niesprzyjających czynników biologicznych i atmosferycznych nie znaleziono w nich śladów konserwantów czy balsamowania.

W Lanciano nadal zdarzają się cuda, które odmieniają ludzkie serca. Pewien narkoman dopuszczający się kradzieży dawał świadectwo, że uratował go właśnie ten cud eucharystyczny. To właśnie tu po raz pierwszy zobaczył i zrozumiał, że Pan Jezus za każdym razem daje nam całego siebie w Eucharystii. Miłość Chrystusa podniosła go z jego upadków i zaczął żyć na nowo. Dziś sam jest chodzącym cudem. Podobnych świadectw można cytować bardzo wiele.

Jezus pragnie ożywić naszą wiarę w swą eucharystyczną obecność i dlatego co jakiś czas pojawiają się nowe znaki – cuda, które jednoznacznie wskazują, że w Eucharystii jest obecny On sam. Jeden z ostatnich cudów uznanych przez władze kościelne miał miejsce w stolicy Argentyny – Buenos Aires. 18 sierpnia 1996 roku wieczorem o godzinie 19.00 ks. Alejandro [czyt. Alehandro] Pezet odprawiał Mszę Świętą. Pod koniec udzielania Komunii podeszła do niego kobieta, informując, że z tyłu kościoła na świeczniku leży porzucona Hostia. Ksiądz poszedł we wskazane miejsce i zobaczył tak sprofanowaną i pobrudzoną Hostię, że nie mógł jej spożyć. Włożył ją do naczynka z wodą i schował do tabernakulum w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Kiedy w poniedziałek 26 sierpnia otworzył tabernakulum, ze zdziwieniem stwierdził, że Hostia zamieniła się w krwistą substancję. Poinformował o tym obecnego papieża Franciszka, wówczas biskupa stolicy. Przez kilka lat przechowywano ją w tabernakulum, trzymając całą sprawę w tajemnicy. Ponieważ Hostia nie ulegała degradacji, w 1999 roku decyzją ks. kardynała Bergoglio postanowiono poddać ją naukowym badaniom. Próbkę przesłano naukowcom w Nowym Jorku, nie informując o jej pochodzeniu. Lekarze oświadczyli, że "badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. Ten mięsień jest odpowiedzialny za skurcze serca. Serce żyło w chwili pobierania wycinka. Co więcej, to serce cierpiało – tak jak ktoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej". Gdy ujawniono pochodzenie próbki, naukowcy stwierdzili, że nie znajdują wyjaśnienia dla tego faktu, a jego zaistnienia nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Jedyną rozsądną odpowiedź może dać tylko wiara w nadzwyczajne działanie Boga, który przez ten znak chce uświadomić, że On jest rzeczywiście obecny w Eucharystii. Jego obecność jest realna, a nie symboliczna. Możemy Go zobaczyć tylko oczami wiary pod postaciami konsekrowanego chleba i wina. Nie widzimy Go oczami ciała, choć jest tam obecny w swoim uwielbionym człowieczeństwie. Jezus w Eucharystii widzi, kocha nas i pragnie nas zbawić.

Także w Polsce miały miejsce podobne wydarzenia – ostatnio w roku 2008 w Sokółce i w 2013 w Legnicy. Wielkich cudów eucharystycznych odnotowano ponad 130 w historii Kościoła. Każdy z nich jest jakby potwierdzeniem tego, w co wierzymy. W Dzienniczku wiele razy pojawia się świadectwo św. Faustyny, która ogląda oblicze Pana Jezusa w Hostii, gdy jest ukazywana w czasie Mszy Świętej. Jezus jest obecny i żywy w każdym kościele. Codziennie czeka tam na każdego z nas.

W Ewangelii jak refren pojawiają się słowa o ludziach, którzy spotykając Pana, upadali przed Nim na kolana czy na twarz. Oddawali Mu hołd i wyrażali w ten sposób wiarę, że On jest Bogiem żywym i prawdziwym. Z szacunkiem i namaszczeniem czynimy podobnie: gdy wchodzimy do świątyni, gdy przechodzimy przez jej środek, a na tej linii znajduje się tabernakulum; w czasie przeistoczenia, gdy podchodzimy do komunii świętej; przed wyjściem z kościoła; a także wtedy gdy widzimy kapłana niosącego Pana Jezusa w monstrancji czy w bursie w drodze do chorego – klękamy wówczas przed żywym, prawdziwym i realnie obecnym Bogiem. Klękajmy więc starannie, pobożnie, nie lękając się, że pobrudzimy kolana czy ubranie. To Bóg prawdziwy, choć lubi się ukrywać, aby nas Jego majestat nie poraził. „O milcząca Hostio biała, na kolanach wielbię Cię. Tyś tak nikła, taka mała, a w Twym cieniu kryje się Ten, co rządzi całym światem, Bóg wszechmocny, Stwórca nasz, przed którego majestatem aniołowie kryją twarz”. Więc upadajmy na kolana, aby tym znakiem czci wyrazić naszą wiarę, nawet naszą pewność, że tu jest Pan…


Katecheza pierwsza:

Tajemnica Eucharystii wymaga ciszy…

Początkujący dziennikarz André Frossard jako dwudziestolatek pracował w Paryżu. Był ateistą, ale zaprzyjaźnił się z praktykującym katolikiem Andrzejem Villeminem, który bezskutecznie starał się doprowadzić go do wiary. 8 czerwca 1935 roku Villemin zaprosił przyjaciela na obiad. Pojechali do centrum Paryża i zatrzymali się przed małym kościołem, w którym trwała adoracja Najświętszego Sakramentu. Villemin poprosił Frossarda, aby poczekał na niego kilka minut, ponieważ ma ważną sprawę do załatwienia. Po pewnym czasie zniecierpliwiony dziennikarz wszedł do świątyni. Stanął z tyłu i patrząc na klęczących ludzi, bezskutecznie próbował odnaleźć swojego przyjaciela. Kiedy spojrzał na główny ołtarz, jego uwagę przykuła monstrancja z Najświętszym Sakramentem. Nie wiedział, co to jest. Nagle, w sposób niewytłumaczalny i całkowicie niezależny od niego, odczuł, że w jego wnętrze wnika jakaś tajemnicza moc, która uwalnia go od duchowej ślepoty spowodowanej ateizmem i umożliwia mu doświadczenie istnienia innego świata, bardziej rzeczywistego aniżeli ten, w którym żył. Potem napisał: „wszedłem do kaplicy jako ateista, a w kilka minut później wyszedłem z niej jako chrześcijanin – i byłem świadkiem swojego własnego nawrócenia, pełen zdumienia, które ciągle trwa… Jeszcze dziś widzę tego dwudziestoletniego chłopca, którym wtedy byłem. Nie zapomniałem jego osłupienia, kiedy nagle wyłaniał się przed nim z głębi tej skromnej kaplicy świat, inny świat – o blasku nie do zniesienia, o szalonej spoistości, którego światło objawiało i jednocześnie zakrywało obecność Boga, tego samego Boga, o którym jeszcze przed chwilą przysięgałby, że istnieje tylko w ludzkiej wyobraźni. Jednocześnie spływała na niego fala słodyczy zmieszanej z radością – o mocy, która może skruszyć serce i której wspomnienie nigdy nie zaniknie. Odwrócił się definitywnie porządek rzeczy. Od tej chwili, mógłbym powiedzieć, że dla mnie tylko Bóg istnieje, a wszystko inne jest jedynie hipotezą…”

Ile razy wchodzimy do naszych kościołów, wkraczamy do tego wyjątkowego świata, który jest bardziej rzeczywisty, bardziej prawdziwy i bardziej świetlisty niż ten, w którym żyjemy. Jest to też świat tajemniczy, bo Bóg jest tajemnicą. I wobec mocy Pana, wobec Jego miłości i „słodyczy zmieszanej z radością”, której nam czasem jak Frossardowi udaje się doświadczyć, wpadamy w zdumienie i upadamy na kolana. Wobec Jezusa Chrystusa, który jest Bogiem żywym i pozostał z nami w Najświętszym Sakramencie, koniecznie potrzeba tej ciszy pełnej zachwytu i najwyższego hołdu uwielbienia.

W wielkich bazylikach i sanktuariach, dokąd pielgrzymują co roku miliony wiernych, bardzo często pojawiają się komunikaty z prośbą o zachowanie ciszy. Dla niektórych jest to wymaganie zupełnie niezrozumiałe. Ale świadectwo i przynaglenie innych pozwala im stopniowo zanurzyć się w klimat milczenia, który jest niezbędny do obcowania z tajemnicą Boga.

Niedawno w liturgii Bożego Narodzenia przypomnieliśmy sobie tekst z księgi Mądrości: "Gdy głęboka cisza zalegała wszystko, a noc w swoim biegu dosięgała połowy, wszechmocne Twe słowo z nieba, z królewskiej stolicy, jak miecz ostry niosąc Twój nieodwołalny rozkaz, jak srogi wojownik runęło pośrodku zatraconej ziemi." (Mdr 18,14-15). Komentując te słowa, można za św. Janem od Krzyża powiedzieć, że pierwszym językiem Boga jest cisza. Jeśli zabijamy ciszę, dokonujemy zamachu na samego Boga. Gdy prorok Eliasz na górze Horeb był świadkiem gwałtownej wichury, potem trzęsienia ziemi, a następnie błysków ognia, nie rozpoznał w nich głosu Pana. Usłyszał Go w szmerze łagodnego powiewu (por. 1 Krl 19,11-13). Bóg przemawia w ciszy i to jest uprzywilejowane środowisko doświadczania Jego mocy i obecności. „Głośniej niźli w rozmowach Bóg przemawia w ciszy. I kto w sercu ucichnie, zaraz go usłyszy” –  pisał Adam Mickiewicz. „Bóg kocha ciszę (…) nie odnajdziemy Go w hałasie i zamieszaniu” – mówiła Matka Teresa z Kalkuty. Takich świadectw i zachęt można cytować wiele. Istnieje jakaś wielka wspólna zgoda ze strony Pana Boga i człowieka co do tego, że cisza jest niezbędna w kontaktach Stwórcy ze swoim stworzeniem.

Pełna czci i zachwytu cisza jest szczególnie potrzebna, gdy adorujemy wielką tajemnicę naszej wiary – obecnego w Eucharystii Jezusa Chrystusa. To jakby przedsionek wchodzenia w relację z Panem, który ukrywa się pod postaciami chleba i wina. Milczenie przed Jezusem to zaproszenie, aby się nam objawiał i wsączał w serca miłość, która wszystkiemu nadaje zupełnie nowy sens.

Warto się zatroszczyć o oswojenie ciszy w naszej codzienności, zanim jeszcze wejdziemy do kościoła. Warto częściej wyłączać radio czy telewizor, wyciszyć telefon komórkowy, a domowników poprosić o uszanowanie tej naszej oazy milczenia. Dobrze wziąć do ręki wartościową lekturę. Niech nie tyle zaspokaja ona chęć dotarcia do sensacji, ile zmusza do głębszej refleksji i zadumy. Wiele osób dba o kontakt ze światem przyrody, który w naturalny i zdrowy sposób wprowadza w łagodne, choć intensywne doświadczenie ciszy. Jak muzyka jest harmonijnym połączeniem dźwięku i ciszy, tak nasze życie, aby nie było tylko jakimś szalonym biegiem, wymaga milczenia i zadumy.

Bardzo mocno strzeżmy modlitewnej ciszy w naszych świątyniach. Gdy dochodzimy do placu kościelnego, niech przycichną rozmowy, niech bardziej spokojny stanie się nasz krok, a wraz z otrzepywanym na wycieraczce pyłem, na zewnątrz pozostaną wszystkie niepotrzebne słowa. Przybywajmy wcześniej, aby powoli i spokojnie nasączała nas modlitewna atmosfera, którą promieniują mury uświęcone obecnością Pana. Niech stanie się czymś oczywistym, że w kościele głównym, a nawet jedynym Rozmówcą jest mój Bóg. I tak się z Nim porozumiewam, właśnie w ciszy, aby i innym tego spotkania nie utrudniać. Jeśli ktoś tego nie rozumie, niekoniecznie trzeba się zaraz odwoływać do zgorszonego spojrzenia i głośnego „pst…”. Może lepiej delikatnie poprosić: „Przepraszam, ale nie słyszę Pana Boga. Czy mogę liczyć na pomoc w modlitwie…”? Zresztą są takie sytuacje, gdy słowo nie psuje ciszy, ale nadaje jej nowy wymiar – tak jest czasem ze spontanicznymi reakcjami dzieci, które są przecież pełnoprawnymi, może nawet uprzywilejowanymi, uczestnikami spotkania z Jezusem w kościele.

To prawda, że cisza w świątyni wszystkiego nie załatwia, tak jak sama obecność wody nie sprawia, że każdy potrafi od razu pływać. Ale też, jak nie można pływać teoretycznie, czyli  bez wody, tak  nie można wchodzić w głęboką relację z Jezusem w Eucharystii bez milczenia. Dlatego niezbędne są chwile ciszy w liturgii Mszy Świętej, konieczne jest milczenie na adoracji i tak oczywiste przypomnienie: „Zachowaj ciszę - Pan blisko jest”.

Gdy młody André Frossard wszedł do paryskiego kościoła, właśnie zanurzenie w ciszę adoracji pozwoliło Panu Bogu objawić Mu swoje istnienie i dało możliwość zakosztowania „słodyczy zmieszanej z radością”, której wspomnienie nigdy nie zanikło, lecz zmieniło życie pisarza, a przez jego świadectwo wpłynęło zdecydowanie na życie wielu innych osób. Ta historia wciąż się powtarza, gdy w ciszy zbliżamy się do Jezusa. On nadal najchętniej w milczeniu przemawia do każdego z nas. „Wtedy życie się upraszcza, wiara się odmładza, ziemia się przybliża, niebo się otwiera, Bóg się uśmiecha, człowiek wraca inny…”