Pyrzowice - Parafia

Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny

Katechezy o sakramencie Eucharystii


Katecheza siódma:

Intencje mszalne

Z Eucharystii płyną niezliczone łaski. Te duchowe owoce możemy ofiarować w jakiejkolwiek godziwej, czyli dobrej intencji - za żywych i za zmarłych, we własnych potrzebach, za Kościół, czy za cały świat. Nie można ofiarowywać owoców Mszy Świętej w intencjach z natury swej złych, np. życząc komuś jakiegoś nieszczęścia, bo to byłoby niegodne modlitwy do dobrego i świętego Boga. W praktyce najczęściej prosimy o ofiarowanie Mszy Świętych za zmarłych. Jest to bowiem modlitwa szczególnie skuteczna i pomocna dla tych, którzy odeszli już z tego świata. Wiele razy podkreślało to nauczanie Kościoła.

Przy okazji prośby o ofiarowanie duchowych owoców Eucharystii w konkretnych intencjach, od bardzo dawna składano pewne dary. Zresztą od początku chrześcijaństwa wierni składali ofiary w czasie Mszy Świętej. Przynoszono i składano na ołtarzu chleb oraz wino dla sprawowania Najświętszej Ofiary. Przynoszono również inne dary w celu utrzymania duchownych, jak i wspierania biednych. Z tych ofiar organizowano agapy, pomagano wdowom, sierotom i potrzebującym. To z nich z czasem zaczęli się również utrzymywać duchowni. Od VIII wieku w Anglii oprócz tych ofiar ludzie zaczęli składać dodatkowe dary celebrującemu kapłanowi, aby w sposób specjalny modlił się w ich intencji w czasie Mszy Świętej. W XII wieku staje się to już praktyką powszechną. Coraz częściej składano też ofiary pieniężne. Kościół akceptował ten zwyczaj, choć walczył z wszelkimi nadużyciami. Przeciwstawiał się również naciskom tych, którzy twierdzili, że nie godzi się przyjmować jakichkolwiek ofiar w związku z Mszą Świętą, ze względu na jej świętość i wyjątkowość. Ofiary mszalne są bowiem składana przy okazji sprawowania Eucharystii, a nie jako zapłata za Mszę Świętą. Godziwość tej praktyki, wywodzono ze słynnego stwierdzenia Chrystusa: „zasługuje robotnik na swoją zapłatę” (Łk 10,7).

W języku polskim przy zamawianiu intencji najczęściej mówimy o ofierze, jałmużnie lub datku. Te terminy dobrze oddają naturę samej tej praktyki. Wskazują, co potwierdza także prawo kościelne, że złożenie ofiary nie jest obowiązkiem wiernego, który pragnie, aby w jego intencji sprawowano Mszę Świętą. Ta jałmużna nie jest też jakimś podatkiem, czy opłatą za dokonanie usługi religijnej. Dlatego nikt nie ma prawa domagać się ofiary za „zamówioną” Mszę Świętą. Także celebrans jest wolny w swoich decyzjach i nie musi przyjąć intencji mszalnej. Jednak wierni nie powinni lekceważyć swego udziału materialnego w sprawowaniu Eucharystii. Bez ważnych przyczyn nie wolno odmawiać przyjęcia intencji mszalnej z powodu braku ofiary, zwłaszcza od osób ubogich.

Kapłan nie musi koniecznie aplikowania owoców Mszy Świętej w określonej intencji. Taki obowiązek rodzi się dopiero w momencie, gdy wierny prosi o odprawienie Mszy w określonej intencji, składa przy tej okazji ofiarę, a ksiądz akceptuje tę prośbę. Prawo kościelne usilnie zaleca kapłanom sprawowanie Eucharystii w określonej intencji nawet bez ofiary, zwłaszcza, gdy mają do czynienia z człowiekiem biednym. Jest czymś oczywistym, że duszpasterz powinien służyć wiernym i sprawować, o ile to możliwe, Mszę Świętą w ich intencjach, zarówno gdy otrzyma jałmużnę, jak też wtedy gdy jej nie otrzyma. „Kapłani mają charakteryzować się postawą ubóstwa i wyrzeczenia połączonego z gorliwością w apostolstwie” - zaznacza Sobór Watykański II (DK 21).

Dla większości księży na całym świecie ofiara mszalna jest do dziś podstawą utrzymania. Aby kapłan miał odpowiednią wolność wewnętrzną przy sprawowaniu Eucharystii, konieczna jest także troska o jego wolność ekonomiczną. Troska ta spoczywa na biskupie i na wiernych, którzy mają obowiązek zaradzania potrzebom szafarzy. Jednak, ponieważ ofiary mszalne pozostają datkami dobrowolnymi wiernych, są czymś niepewnym. Warto przypominać, że osoby proszące o to, aby w ich intencji była odprawiona Msza Święta i składające ofiarę, przyczyniają się do dobra Kościoła, a także uczestniczą w trosce o utrzymanie szafarzy oraz prowadzonych dzieł – zaznacza Kodeks Prawa Kanonicznego (kan. 946). Ofiary mszalne pomagają w utrzymaniu duchowieństwa. Jednak jałmużna składana z okazji celebrowania Mszy Świętej w jakiejś intencji staje się nie tylko prywatną sprawą kapłana i wiernego, ale odnosi się do całego życia Kościoła. W pewnym sensie ofiara mszalna składana jest bowiem nie tylko określonemu kapłanowi, ale również całej wspólnocie.

Zazwyczaj tam, gdzie w grę wchodzą dobra materialne czy pieniądze, pojawiają się niebezpieczeństwa nadużyć. Eucharystia jest jednak taką świętością, że należy bardzo mocno dbać o wyeliminowanie jakichkolwiek nieprawidłowości w tej materii. Dlatego Kościół zawsze troszczył się o to, aby sprawy ofiar mszalnych nie miały nawet pozorów transakcji lub handlu. Zasada ta dotyczy i kapłanów, i wiernych. Obowiązuje prawo, mówiące, że kapłan może zatrzymać dla siebie tylko ofiarę z jednej Mszy Świętej dziennie. Poza tym należy odprawić oddzielnie Mszę Świętą w każdej intencji, którą się przyjęło. Kto akceptuje ofiarę, zobowiązany jest ze sprawiedliwości do odprawienia Mszy Świętej w tej intencji, którą przyjął, nawet gdyby ofiara była niewielka. Nie wolno też łączyć ofiar mszalnych, by w ten sposób osiągnąć większą sumę na jakiś zbożny cel, ani po to, aby kwota odpowiadała zwyczajowej wysokości ofiary na danym terenie.

Istnieją co prawda tzw. Msze kolektywne czy zbiorowe. Jedna Msza Święta jest wówczas celebrowana wielu intencjach od kilku ofiarodawców. Praktyka przyjmowania ofiar na Mszę Świętą zbiorową, jest dopuszczalna, ale łączenie intencji indywidualnych w jednej Mszy Świętej bez wiedzy i zgody ofiarodawców byłoby naruszeniem sprawiedliwości. Warunkiem wprowadzenia Mszy Świętej zbiorowej jest uprzednie powiadomienie wiernych i jednoznaczna, podejmowana w wolności, zgoda zamawiających na to, by ich ofiary zostały połączone z innymi w jedną. Wyraźnie w prawie kościelnym określa się również, że tego rodzaju Msze Święte nie mogą być sprawowane częściej niż dwa razy w tygodniu.

Trzeba też uświadamiać wiernym, że kapłan może sprawować Mszę Świętą tylko jeden raz dziennie. Celebrowanie dwóch lub trzech Mszy jest wyjątkiem od tej zasady i wymaga odpowiednich racji. Na pewno wystarczającym powodem nie jest wysoka liczba intencji mszalnych. Jeśli jednak kapłan zgodnie z prawem celebruje więcej Mszy Świętych, może sam zadecydować, którą ofiarę zatrzyma dla siebie. Także w przypadku sprawowania Mszy Świętej zbiorowej, celebrans ma prawo zatrzymać dla siebie jedynie jałmużnę w wysokości określonej w danej diecezji. Zasada, że kapłan może zatrzymać dla siebie tylko ofiarę z jednej celebrowanej przez siebie Mszy Świętej dziennie, ma jednak wyjątek: uroczystość Bożego Narodzenia. Wówczas celebrans może zatrzymać dla siebie ofiary ze wszystkich celebrowanych Eucharystii.

Pozostałe ofiary składane przy okazji sprawowania Mszy Świętej służą nie kapłanowi, ale przyczyniają się do dobra całego Kościoła. To ordynariusz, czyli przełożony decyduje, w jaki sposób wykorzystać dodatkowe ofiary mszalne, zaś ksiądz nie ma prawa sam podejmować decyzji w tej sprawie.

Nie można ulegać fałszywemu poczuciu miłosierdzia w sytuacji, gdy wierni usilnie proszą o sprawowanie Eucharystii w jakiejś intencji, składają ofiarę, a następnie realizować te prośby poprzez sprawowanie drugiej Mszy Świętej przez tego samego kapłana np. w koncelebrze. Duszpasterz nie jest właścicielem Mszy Świętej, lecz tylko jej szafarzem i nie może dowolnie decydować w tak ważnych kwestiach. Tym bardziej, że przepisy Kościoła szczegółowo określają tu obowiązki i prawa kapłana.

W związku z wysokościami ofiar mszalnych, należy dodać, że w Polsce nie obowiązują jakieś konkretne pisane normy na ten temat. Tradycyjnie składamy ofiarę „co łaska”. Dla wielu jednak kapłanów ofiary mszalne są praktycznie jedynym źródłem dochodów, a więc jedynym sposobem uzyskania koniecznych środków do życia. Z tego powodu mogą nieraz pojawić się zarzuty ze strony wiernych o nadmiernej wysokości tych ofiar. Roztropność kapłanów nakazuje tu unikać wszelkiego rodzaju niedomówień, czy chociażby podejrzeń o nadużycia. Z drugiej strony, wierni często mają fałszywe pojęcie, że kapłani jeszcze z jakichś innych źródeł czerpią dochody. Powinni być zatem świadomi ciążącego na nich obowiązku utrzymania duszpasterzy i mieć otwarte, szczodre serca składając ofiary mszalne.

Przy przyjmowaniu ofiar obowiązuje też zasada, która mówi, że „nikomu nie wolno przyjąć do osobistego odprawiania tylu ofiar mszalnych, że sam nie może im zadośćuczynić w ciągu roku”. W codziennej praktyce w parafiach często przyjmowane są intencje mszalne z dosyć dużym wyprzedzeniem, nierzadko ponad jeden rok. Zazwyczaj nie są jednak przyjmowane wówczas same ofiary. Jest to pewnego rodzaju rezerwacja dnia i czasu odprawiania Eucharystii w określonej intencji. Duszpasterze proszą jedynie, aby ofiara związana z Mszą Świętą została złożona blisko terminu celebrowania Eucharystii. Taka praktyka jest dopuszczalna. Należy bowiem przypomnieć, że faktyczne zobowiązanie kapłana do odprawienia Mszy Świętej rozpoczyna się dopiero od momentu złożenia samej ofiary, a nie od momentu zapisania konkretnej intencji.

Ten bardzo piękny, starożytny i niezwykle owocny zwyczaj zamawiania intencji mszalnych w określonych sprawach jest godny pochwały i zwykle świadczy o żywej wierze wiernych. Przynosi też obfite owoce nie tylko osobom, które w modlitwie polecamy, ale przyczynia się do duchowego pożytku także tych, którzy w ten sposób troszczą się o innych.


Katecheza szósta:

Jaka wiara, taka ofiara…

W naszych kościołach ciągle słyszymy słowo "ofiara". Wciąż powtarzamy, że przez ofiarę złożoną na krzyżu Chrystus dokonał naszego odkupienia, a Jego  krew zmyła nasze grzechy i Msza Święta tę ofiarę uobecnia. Sami dosyć często i chętnie używamy takich wyrazów jak ofiarność, poświęcenie, oddanie, bezinteresowność, wielkoduszność czy wyrzeczenie. To zapewne znak „schrystianizowania naszej mentalności” przez wiarę, a zwłaszcza przez wpatrywanie się w ten aspekt ofiary Chrystusa, który przypomina, że On oddał życie za nas. Jezus mówi w Ewangelii św. Jana: „Za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie" (J 17,19). Jest to zupełnie inne, rewolucyjne pojmowanie ofiary. Okazuje się, że ofiara ze zwierząt czy z płodów rolnych, bądź z innych wartości materialnych jest ofiarą jedynie w sensie symbolicznym. Prawdziwą bowiem ofiarę składa się z samego siebie.

Ilekroć przybywamy na Mszę Świętą, jesteśmy zaproszeni, a nawet zobowiązani, do składania ofiary. Mamy bowiem przez chrzest udział w kapłańskiej godności Chrystusa. Czy jedynym darem, który mamy składać Ojcu niebieskiemu w ofierze w czasie Eucharystii, jest dar na tacę?

Najcenniejszą ofiarą, jaką posiada Kościół, jest Chrystus obecny pod postaciami chleba i wina. Wszyscy wierni, na mocy powszechnego kapłaństwa, łączą się z kapłanem celebrującym Mszę Świętą i współdziałają w ofiarowaniu Eucharystii. Cały lud Boży ofiaruje Ojcu najcenniejszą żertwę, którą jest Jego umiłowany Syn, Jezus Chrystus. Lud Boży składa tę ofiarę, aby uwielbić Boga i przyczynić się do zbawienia świata.

Składając Ojcu niebieskiemu Jego Syna, powinniśmy również ofiarować Mu samych siebie na ofiarę żywą, świętą i miłą Bogu (por. Rz 12,1). Wszystko, co czynimy, może być złożone Ojcu jako ofiara duchowa. Wszystkie „uczynki, modlitwy i apostolskie przedsięwzięcia, życie małżeńskie i rodzinne, codzienna praca, wypoczynek ducha i ciała, jeśli odbywa się w Duchu, a nawet utrapienia życia, jeśli cierpliwie są znoszone, stają się duchowymi ofiarami, miłymi Bogu, przez Jezusa Chrystusa” (KK 34).

Aby to nasze składanie siebie, całego swojego życia w ofierze było prawdziwą ofiarą, powinno w trojaki sposób upodabniać się do ofiary naszego Pana.

Po pierwsze, wszystkie trudy, wyrzeczenia czy znoszone prześladowania dopiero wówczas zasługują na nazwanie ich ofiarą, kiedy służą dobru innych. Dopóki służą one tylko mojemu dobru, albo nie służą niczemu, można je nazywać rozmaicie, ale na pewno nie jest to ofiara. Chrystus oddał bowiem swoje życie, całe i bez reszty, za nas, dla naszego dobra, żeby nas pojednać z Bogiem i ocalić.

Po drugie, tylko w takim stopniu nasze trudy i krzyże, nasze wysiłki dla innych są rzeczywiście ofiarą, w jakim stopniu podejmujemy je dobrowolnie. To prawda, że absolutnie dobrowolna była jedynie ofiara Chrystusa. Pan mówi: "Nikt Mi życia nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać" (J 10,18). Nawet na krzyżu Jezus nie przestał być w pełni Panem swojego losu. Dobrowolnie pozwolił na to, aby skierowana przeciwko Niemu nienawiść zgniotła Go na śmierć. Jednak w każdym momencie męki mógł uwolnić się z trybów niszczącego Go mechanizmu. My, ludzie, nigdy nie mamy aż takiej władzy nad różnymi mechanizmami, które mogą nas w siebie wciągnąć. Nasza dobrowolność może się jednak wyrazić w przyjęciu takiej postawy, o której wiemy, że może sprowadzić na nas jakieś trudy czy prześladowania, a gdy przestają już one podlegać naszemu wolnemu wyborowi, na wewnętrznej zgodzie na nie. Nie chodzi tu o jakiś „kult cierpienia”, ale o zgodę na cierpienie, jeśli jest ono konsekwencją postawy, którą uważamy za słuszną.

Wreszcie po trzecie: autentyczna ofiara może człowieka kosztować wiele, niekiedy nawet życie, ale nie może go zniszczyć duchowo. Wręcz przeciwnie. Postawa ofiary buduje człowieka, choć jest to jakby skutek uboczny, dodatkowy. Jezus Chrystus przez krzyż wszedł do zmartwychwstania i stał się w ten sposób żywą obietnicą dla wszystkich, którzy nie wahają się żyć według zasad miłości, również wówczas, kiedy to trudne lub niebezpieczne.

Całe nasze życie ma być ustawicznie ofiarowywane Bogu, dla uwielbienia Go i dla doprowadzenia świata do zbawienia, dlatego powinno mieć odpowiednią „jakość”. Kochanej osobie, tym bardziej Bogu, nie wypada ofiarować czegoś mało wartościowego. Jeśli nasze życie ma zasługiwać na miano ofiary duchowej, powinno być naznaczone szlachetnością i poświęceniem dla innych. Trudno mówić o ofierze tam, gdzie nie ma ducha oddania się na służbę, rezygnacji z własnego egoizmu, gdzie nie ma samozaparcia. „Życie stanie się dla Boga miłą ofiarą, jeśli będzie nim rządzić autentyczna miłość i miłosierdzie (por. Mt 9,13), jeśli będzie zaprzeczeniem konsumpcyjnego stylu życia, zerwaniem z postawą wykorzystywania wszystkiego dla siebie”.

Składając Ojcu niebieskiemu wraz z Chrystusem swoje życie, powinniśmy upodobnić się wewnętrznie do ofiarującego się Zbawiciela, czyli przyjąć postawę zawierzenia, ufnej miłości i posłuszeństwa. Gdy ktoś ofiaruje komuś jakiś przedmiot, oznacza to, że wyzbywa się już prawa do swobodnego dysponowania nim. Z darem nie może robić, co mu się żywnie podoba, ale musi liczyć się z wolą nowego właściciela. „Podobnie też oddanie swego życia Bogu to świadoma rezygnacja z samowolnego dysponowania sobą, to decyzja kształtowania siebie i swojego postępowania według Bożego upodobania. Wszystko zatem, nasza praca, wypoczynek, działanie, powinno być podporządkowane wymaganiom Ojca niebieskiego, a nie własnym kaprysom czy też naszym krótkowzrocznym, egoistycznym planom”.

Warto ciągle rezygnować ze swojej woli na rzecz realizowania planu Stwórcy, który chce uszczęśliwić całą ludzkość. Pragnienie kierowania się we wszystkim wolą Bożą i miłością do Niego rodzi się i umacnia poprzez praktykowanie ofiarniczego usposobienia.

Także nasze cierpienia mogą stać się zbawczą ofiarą na Eucharystii. Przed Bogiem wielką wartość posiada miłość. Bolesne sytuacje mogą być okazją do wielkiego udoskonalenia naszej miłości, do jej oczyszczenia. „Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie! Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu - w piecu utrapienia” zaznacza autor Księgi Syracha (Syr 2,1.5). W praktyce oznacza to gotowość przyjęcia każdej formy cierpienia, wszystkich przeciwności życiowych, niedogodności - o ile taka jest wola Boża. Starajmy się w ich obliczu powtarzać jak Jezus w Ogrójcu: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22,42). „Prawdziwą ofiarą może być cierpliwe znoszenie różnych przykrości dnia codziennego, przykrych sytuacji czy też ludzi trudnych we współżyciu ze względu na usposobienie, wiek, choroby i różne ułomności. Cierpliwe znoszenie przykrego sposobu bycia drugiego człowieka, jego złośliwości - to również coś, co może stać się zbawczą ofiarą”.

Zbyt często nie dostrzegamy związku między uczestnictwem w liturgii eucharystycznej, a sprawami życia codziennego. Mszę Święta, modlitwę uważamy za sprawy Boże, a codzienne zajęcia za sprawy ludzkie, świeckie, nie mające nic wspólnego z Bogiem. Tymczasem, traktując wszystkie codzienne sprawy jako ofiarę duchową składaną Bogu, można połączyć w jedną całość uczestnictwo we Mszy Świętej oraz oddanie się różnym świeckim zajęciom. Spełnianie tych codziennych zadań warto połączyć z postawą ustawicznego ofiarowania wszystkiego Bogu dla uwielbienia Go i dla zbawienia świata. Wtedy każde, nawet najbardziej świeckie i prozaiczne działanie nabiera nadprzyrodzonego, duchowego znaczenia i staje się wyjątkowe. To ofiarowanie trzeba jak najczęściej powtarzać i ponawiać, np. przed ważniejszymi pracami, codziennie rano, w południe i wieczorem, gdy biją dzwony na Anioł Pański czy wzywają do świątyni. Życie staje się wtedy ofiarą świadomą, podejmowaną dobrowolnie, z miłości do Boga.

Można także te ofiary składać dobremu Ojcu w bardzo konkretnych intencjach, np. o nawrócenie niewierzących, o rozszerzanie się Kościoła w krajach misyjnych, za prześladowanych chrześcijan, za zmarłych itp. W ten sposób zwykłe, szare życie przyczynia się do powolnego przekształcania świata w królestwo Boże, pełne sprawiedliwości, miłości i pokoju, a Ojciec niebieski jest uwielbiony.

Życie chrześcijańskie bez ofiary jest nie tylko niemożliwe, ale po prostu nieprawdziwe. To dlatego w każdej Mszy Świętej możemy i powinniśmy łączyć dar naszej codzienności i wszystko, co ją wypełnia z ofiarą Chrystusa oraz składać na ołtarzu samych siebie. Im głębsza jest nasza wiara, tym lepiej to rozumiemy i nie zgadzamy się być jedynie „niemymi widzami misterium”. Rozumiemy też coraz lepiej, że dar materialny na tacę nie wystarcza. On jedynie oznacza dar, którym my sami jesteśmy.

„Ofiaruję Tobie, Panie mój, całe życie me, cały jestem Twój - aż na wieki. Oto moje serce, przecież wiesz, Tyś miłością mą jedyną jest…”.


Katecheza piąta:

Być czynnie i świadomie na Mszy Świętej…

Kiedyś w „Małym Gościu Niedzielnym” zamieszczono żart o rodzinie, która wraca z kościoła po niedzielnej Mszy. Zdenerwowana mama mówi: Ależ ten organista fałszował. A ksiądz też tak jakoś przynudzał - dodaje tata. I ministranci tak się mylili – zauważa córka. Na to reaguje mały Antoś: A co byście chcieli za złotówkę?

Zdarza się, że traktujemy Kościół jak coś zewnętrznego, czego sami nie tworzymy. Także w czasie liturgii Mszy Świętej może pojawiać się pokusa tworzenia jakby dwóch światów: usługodawców i klientów. Ci pierwsi to głównie duchowni, których zadaniem jest budzić wiarę świeckich. Zadaniem świeckich jest spać, żeby księża mieli kogo budzić, ewentualnie grzebać, gdy sen okaże się wieczny.

Wiele razy nauczanie kościelne przypomina nam wszystkim, że „Eucharystia jest centrum i szczytem życia Kościoła” (KKK 1407). Jest najważniejsza. To „ośrodek całego życia chrześcijańskiego” i „wszystkie pozostałe czynności sakralne, wszystkie inne akty życia chrześcijańskiego wiążą się z Mszą, wypływają z niej i ku niej się kierują” (OWMR l). To sam Chrystus włącza Kościół i wszystkich, którzy go tworzą do swojej ofiary uwielbienia i dziękczynienia, złożonej raz na zawsze Ojcu na krzyżu. Przez tę ofiarę rozlewa łaski zbawienia na swoje Ciało, którym jest Kościół (KKK 1407). Dlatego „Kościół bardzo się troszczy o to, aby chrześcijanie podczas tego misterium wiary nie byli obecni jak obcy i milczący widzowie, lecz aby przez obrzędy i modlitwy tę tajemnicę dobrze zrozumieli, w świętej czynności uczestniczyli świadomie, pobożnie i czynnie” (KL 48).

Świadome uczestnictwo zakłada konieczność poznania i zrozumienia tego, co w czasie Mszy Świętej się dokonuje. Oczywiście dotykamy tu Bożych tajemnic, ale można w nie wnikać i coraz głębiej je poznawać. Dlatego ważna jest znajomość symboli i znaczenia obrzędów, w których bierze się udział. Wymaga to zdobycia pewnej wiedzy. Jej źródłem jest katecheza, lektura i studium. Dzisiaj istnieje wiele możliwości zdobywania i ugruntowania takiej wiedzy. Mamy łatwy dostęp do Katechizmu Kościoła Katolickiego, do wielu wspaniałych książek o Mszy Świętej. Prawie każde czasopismo kościelne podaje interesujące artykuły na temat liturgii. Są katolickie stacje radiowe, mamy dostęp do programów telewizyjnych czy treści internetowych. Są sympozja, spotkania naukowe i zjazdy. Kiedyś pewna starsza pani systematycznie prosiła swojego proboszcza o wyjaśnianie nazw i pojęć, które są używane w Kościele, a których znaczenia sama nie potrafiła znaleźć. To piękna postawa intelektualnego głodu, chęć poznawania tego, co jest najważniejsze bo dotyczy spraw Bożych. Wiadomo, że świadomego uczestnictwa nie można wymagać od razu. Nasza świadomość liturgiczna połączona z takim właśnie uczestnictwem wzrasta stopniowo. Ale nie można tego procesu pozostawić samemu sobie. Trzeba dbać o swoją formację. Im więcej wiem, więcej rozumiem, tym owocniej mogę w Bożych tajemnicach uczestniczyć i bardziej przenikają one wszystkie dziedziny mojego życia. Bardzo pomocny jest udział w ruchach, stowarzyszeniach i wspólnotach kościelnych, bo prawie zawsze w ich programie formacyjnym jest przekaz treści dotyczących tajemnic liturgii. Poza tym środowisko osób zafascynowanych poznawaniem Pana Boga, zachęca do szukania zrozumienia i dzielenia się oraz dodaje odwagi do dawania świadectwa. Pozwala także odkrywać, że chrześcijańska i ludzka normalność to ciągłe poznawanie, czytanie, dyskutowanie i pogłębianie wiedzy.

Czynne uczestnictwo w Mszy Świętej ma najpierw polegać na słuchaniu Bożego słowa. W „czytaniach, które wyjaśnia homilia, Bóg przemawia do swego ludu, objawia mu tajemnicę odkupienia i zbawienia i podaje mu pokarm duchowy, a sam Chrystus przez swoje słowo obecny jest pośród wiernych” (OWMR 33). Słowo Boże nie jest tylko dodatkiem lub wstępem do właściwej liturgii. Kiedyś uczono, że grzechem ciężkim jest dopiero spóźnienie się na liturgię eucharystyczną. Tymczasem słowo Boże „jest pokarmem duchowym” (OWMR 33), umacnia wiarę. A owocny udział w świętych tajemnicach zakłada wiarę żywą, która rodzi się ze słuchania (por. Rz 10,17). Zjednoczenie z Chrystusem pod postacią chleba i wina nie nastąpi w pełni, jeśli wpierw nie dojdzie do duchowej komunii z Chrystusem pod postacią słowa. Święty Cezary z Arles podawał mocną przestrogę: „Jeśli wielką troskę zachowujemy, aby wtedy, gdy udzielane jest nam Ciało Chrystusa, nic z niego nie upadło z naszych rąk na ziemię, taką samą troskę zachowujmy, aby słowo Boże, które jest nam podawane nie zostało wyrwane z naszego serca, gdy myślimy lub mówimy o czymś innym, bo taką samą winę poniesie ten, kto zaniedbuje słuchania słowa Bożego, jak ten, który dopuszcza, by przez jego niedbalstwo Ciało Pana upadło na ziemię”.

Naszą odpowiedzią na usłyszane słowo Boże i jego zbawcze działanie są różne formy słowne, głównie modlitewne, zarówno odmawiane jak i śpiewane wspólnie. Pragniemy okazać swoją wdzięczność Bogu za wszystkie dary i prosić o nowe. Dlatego wspólna modlitwa, recytacja lub śpiew są istotnymi elementami czynnego uczestnictwa w liturgii. Największe znaczenie mają dialogi i aklamacje. „Ponieważ odprawianie Mszy ma z natury charakter społeczny, dlatego wielka siła oddziaływania tkwi w dialogach między celebransem a zgromadzeniem wiernych oraz w aklamacjach; są one bowiem nie tylko zewnętrznymi znakami odprawiania, lecz także tworzą i podtrzymują łączność między kapłanem a ludem” (OWMR 14).

Wiele dokumentów Kościoła podkreśla znaczenie śpiewów w liturgii. Święty Paweł wzywa wyznawców Chrystusa, którzy zbierają się w oczekiwaniu na przyjście swego Pana, aby wspólnie śpiewali psalmy, hymny i pieśni pełen ducha (por. Kol 3,16). Śpiew bowiem jest znakiem radosnego wzruszenia serca. Św. Augustyn zauważa: „jeśli kto miłuje, ten śpiewa”. Już w starożytności chrześcijańskiej powtarzano przysłowie: „kto dobrze śpiewa, podwójnie się modli”. Należy zatem przywiązywać wielką wagę do śpiewu podczas obrzędów. Śpiew postrzegano jako część liturgii kosmicznej, czyli wspólne uwielbienie Boga z aniołami, którzy wyśpiewują Stwórcy. „Tam, gdzie człowiek wysławia Boga – pisał kardynał Ratzinger – samo słowo nie wystarcza. Rozmowa z Bogiem przekracza granice ludzkiej mowy. Dlatego już z samej swojej istoty [liturgia] zawsze przyzywała na pomoc muzykę, śpiew i głosy stworzenia wyrażone przez dźwięki instrumentów”.

Ważne jest dawanie jasnych i wyraźnych odpowiedzi na wezwania kapłana, ważne głośne wypowiadanie modlitw i udział w śpiewie. Taka aktywność jest często zewnętrznym odbiciem wewnętrznego przeżywania Mszy Świętej. Istotne jest poznawanie modlitw, tekstów pieśni i aklamacji, które są używane w czasie liturgii. Ważne jest dawanie osobistego przykładu poprzez słowa i postawy. Wielką pomoc w tym względzie stanowią modlitewniki i śpiewniki. Także coraz bardziej powszechnie używany sprzęt multimedialny pomaga czynnie brać udział w liturgii.

Największym sprzymierzeńcem biernego uczestnictwa, a wrogiem czynnego udziału w liturgii jest przyzwyczajenie, rutyna i bezduszność. Łatwo im ulec, szczególnie wtedy, gdy w codziennym zabieganiu sprawy życia duchowego bywają spychane na margines i nie dostrzega się ich fundamentalnego znaczenia dla życia tu i teraz oraz na wieczność. Rzeczy pilne absorbują tak mocno naszą uwagę, że rzeczy ważne schodzą na dalszy plan. Szczególnie sprzyja temu „deficyt modlitwy”, czyli zbyt łatwe rezygnowanie z osobistego kontaktu z Panem Bogiem, aby mieć czas na inne sprawy. Taka „oszczędność” na dłuższą metę przynosi opłakane skutki. Człowiek wpada w pułapkę wypalenia, czyli wszystko powoli traci sens i znaczenie. Wtedy właściwie nie ma po co żyć. Kiedy zaś uczciwie i systematycznie się modlimy, to Pan Jezus wskazuje, co trzeba robić, także we wspólnocie parafialnej. Do natury zgromadzenia liturgicznego należy czynne uczestnictwo, gdyż to całe zgromadzenie sprawuje liturgię i jest jej podmiotem. Każdy z nas ma tu swoje miejsce i każdego czynny oraz świadomy udział jest nie do przecenienia.

Znany francuski poeta Paul Claudel przeżył swoje nawrócenie podczas śpiewu Magnificat z Nieszporów Narodzenia Pańskiego w katedrze Notre-Dame w Paryżu. Później tak opisał to doświadczenie: „Wtedy to zdarzył się fakt, który przesądził o całym moim życiu. W mgnieniu oka serce moje zostało porażone i uwierzyłem. Uwierzyłem z taką mocą przekonania, z takim porywem całego jestestwa, z przeświadczeniem tak dogłębnym, z taką oczywistością nie dopuszczającą cienia wątpliwości, że od tej chwili żadne książki, żadne dowodzenia, żadne przygody burzliwego życia nie zdołały zachwiać mojej wiary, czy też  choćby jej naruszyć”.

Niech nas Pan Bóg chroni od postawy obcych i milczących widzów na Mszy Świętej. Niech tak nas prowadzi mocą Ducha, abyśmy w świętych czynnościach uczestniczyli świadomie, pobożnie i czynnie. A wtedy może kolejne osoby, jak Paul Claudel, odnajdą żywego Boga poprzez nasze zaangażowane świadectwo…


Katecheza czwarta:

Pojednajcie się…

Wiele razy słyszeliśmy te słowa Ewangelii: "Jeśli […] przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj" (Mt 5,23-24). Zaproszenie do pojednania z ludźmi jest fundamentalnym warunkiem owocnego uczestniczenia we Mszy Świętej. Jest to także warunek pojednania z Bogiem. A Eucharystia to „sakrament pobożności, znak jedności, więź miłości! To zdanie św. Augustyna z jego komentarza do Ewangelii św. Jana podejmuje i streszcza niezwykle trafnie słowa skierowane przez św. Pawła do Koryntian, […]: «Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba» (1Kor 10,17). Eucharystia jest sakramentem i źródłem kościelnej jedności” − przypominał św. Jan Paweł II.

Gdy idziemy na Mszę Święta, koniecznie trzeba zadbać o pojednanie z Panem Bogiem. Jeśli mieliśmy nieszczęście odejść od Niego przez grzech ciężki, to trzeba przystąpić do sakramentu pokuty. Najlepiej jeszcze przed rozpoczęciem liturgii. Choć generalnie istnieje możliwość spowiadania się w czasie Eucharystii, to jednak trzeba mieć świadomość, że nie jest to sytuacja wzorcowa. Są parafie, w których księża nie pozostają w konfesjonałach w czasie liturgii, aby każdy mógł przeżywać celebrację bez rozproszeń i z całym zaangażowaniem.

Ważna jest tęsknota za jednością z Bogiem, która nie pozwala trwać w grzechu ciężkim. W jednej z parafii do księdza już późnym wieczorem przyszedł mężczyzna i poprosił o spowiedź. Powiedział: „Popełniłem grzech ciężki i boję się iść z nim spać”. Warto modlić się o taki dar wrażliwego sumienia, które popycha ku miłosiernemu Ojcu, aby nie odchodzić i nie marnotrawić Bożej miłości. To prawda, że już w starożytności chrześcijańskiej istnieli wierni, którzy przez całe lata nie przystępowali do Komunii. Ale to byli publiczni grzesznicy. Za zabójstwo, cudzołóstwo bądź za zaparcie się wiary przez długi okres, nawet do końca życia, czynili pokutę i prosili o wstawiennictwo innych. Jeśli dzisiaj z uporem trwamy w grzechu ciężkim i nie chcemy tego zmienić, jeśli długo nie wracamy do miłosiernego Ojca, jest to bardzo niepokojący znak zatwardziałego serca. To narażanie się na niebezpieczeństwo wiecznego potępienia, bo przecież nikt nie zna godziny przejścia do domu Ojca. Trzeba bardzo dbać o życie w łasce uświęcającej i to przez cały czas, nie tylko w okresie wielkanocnym, aby nie przegrać życia wiecznego. Zresztą jak to świadczy o naszej miłości do Pana, gdy nie chcemy stawać się z Nim jedno w Komunii świętej? Taka wiara jest martwa, bo nie rodzi konkretnych czynów (por. Jk 2,14-17).

Jeśli popełniliśmy grzechy powszednie (czasem nazywamy je lekkimi), które nie zerwały naszej więzi z Bogiem, na początku liturgii wzbudzamy za nie żal i postanowienie poprawy. Msza Święta broni nas w ten sposób przed banalizowaniem grzechu. Bowiem za każdy ludzki grzech Chrystus oddał życie na krzyżu. Dlatego wielu świętych mówiło: raczej śmierć niż grzech. Im więcej w nas miłości do Pana Boga, tym większa troska o to, aby nie grzeszyć, także przez te małe niewierności. Trzeba prosić o wzrastanie w Bożej miłości i odkrywanie całej brzydoty grzechu, o widzenie tego, że odbiera nam i innym szczęście oraz radość życia. Gdy wiara staje się coraz bardziej dojrzała, nie bagatelizujemy grzechu ani nie usprawiedliwiamy się tym, że ktoś inny też źle czyni.

Jeśli pojawiają się wątpliwości dotyczące tego, czy grzech był lekki czy też ciężki, koniecznie należy je rozwiać na forum sakramentu pojednania. Nie wolno z wątpliwym sumieniem przystępować do Komunii świętej. Zbyt wielki to dar i łaska zjednoczyć się z żywym Bogiem w Eucharystii. Święty Paweł przestrzega: „kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej. Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha” (1Kor 11, 27-28).

Czasem wiele trudności stwarza pojednanie z braćmi. Obecnie doświadczamy mocnego rozbicia w naszej Ojczyźnie, które wynika na przykład z upodobań politycznych. To rozbicie przenika społeczności lokalne, wspólnoty i rodziny. Pan wzywa nas do przebaczenia i pojednania, gdyż jest to jedyny sposób uzdrowienia serca. Wszyscy jesteśmy świadomi swej kruchości i grzeszności, naszego skłócenia z Bogiem i z braćmi. Często na początku liturgii wyznajemy: „Spowiadam się Bogu wszechmogącemu i wam, bracia i siostry, że bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Uświadamiamy sobie głębię naszego zakorzenienia w złu. Pan wzywa nas do miłowania wszystkich ludzi: dobrych i złych, odnoszących się do nas życzliwie i nieżyczliwie. Bóg kocha wszystkich jednakowo. Ten sam deszcz spada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych, to samo słońce ogrzewa pobożnych i niepobożnych, świętych i zbrodniarzy (zob. Mt 5, 45). Okazując nam miłosierdzie Chrystus wzywa byśmy dzielili się jego miłością z tymi, którzy zawinili wobec nas, tak jak my zawiniliśmy przeciw Niemu. Eucharystia to miejsce odkupienia wszystkich grzechów, zarówno tych, które my popełniliśmy wobec bliźnich, jak i tych, które oni popełnili wobec nas.

Wzajemne przebaczanie jest koniecznym warunkiem każdej ludzkiej miłości, ponieważ każdy, nawet mając najlepszą wolę, pozostaje kruchą istotą i bez łaski Bożej nic dobrego nie może uczynić. Gdy dostrzegamy swoją słabość, swoje wady i ułomności, gdy widzimy, jak trudno je pokonywać, już tak łatwo nie oskarżamy i nie potępiamy braci, za to, co widzimy i u samych siebie. Bóg dostrzega nasze ułomności i kocha nas takimi, jakimi jesteśmy. I my, widząc ułomności naszych braci, mamy ich przyjmować i kochać takimi, jakimi są.

Gdy przydarzają się nam czasem bardzo bolesne sytuacje życiowe, które niezwykle głęboko i jakby na trwale ranią serce, pojawia się pytanie, czy to w ogóle można przebaczyć. Gdyby miłość opierała się tylko na ludzkich siłach, byłoby to niemożliwe. Ale nasza miłość małżeńska, rodzicielska, synowska czy przyjacielska czerpie z tego pierwotnego źródła, jakim jest miłość Boga. Dlatego cud przebaczenia nawet najgłębszych ran mocą tej miłości jest możliwy i to w każdej sytuacji. Często nie dokonuje się to w jednym momencie, ale jest długim procesem i trudną drogą. Przebaczenie pozwala odradzać się naszej miłości i daje moc do powstawania oraz przemiany. Każdy akt przebaczenia, który sobie ofiarowujemy, sprawia, że miłość rozkwita na nowo, bo powracamy do pierwotnej miłości i wierności Boga. Przebaczenie pozwala przekraczać niewidzialne mury, które narastają w naszych wzajemnych relacjach, nawet z najbliższymi, i wpychają nas w samotność oraz zabierają wolność.

Przebaczenie to nie jest w pierwszym rzędzie sprawa uczuć. Często dominują w nas uczucia zdecydowanie negatywne wobec kogoś, kto dotkliwie nas zranił czy skrzywdził. Przebaczenie to sprawa rozumu i woli. To decyzja i chęć pójścia za wskazaniem Ewangelii. Powoli także uczucia ulegną jakiemuś uspokojeniu i uzdrowieniu. Ale nawet gdyby tak się nie stało, nasze przebaczenie jest skuteczne, prawdziwe i owocne.

Bywają sytuacje, gdy nie można, a nawet nie wolno komunikować komuś, że przebaczyliśmy. Dotyczy to takich osób, które wykorzystałyby dar przebaczenia przeciwko nam albo poczuły się bezkarne i rozzuchwaliły w krzywdzeniu. Ale nawet wtedy decyzja jest ważna i uwalnia nasze serce od ciężaru. Wypełniamy także dany przez Pana nakaz pojednania z bratem, gdy ktoś nie zgadza się przebaczyć i pojednać, mimo naszej prośby.

Straszne jest to, że człowiek może pielęgnować w sobie poczucie krzywdy. Może być uwięziony w jakichś diabolicznych pretensjach wobec brata, i to czasem z powodu absolutnych drobiazgów.

Gdy idziemy na Mszę Święta, niech nam się zawsze przypomina wezwanie św. Pawła: „W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem!” (2 Kor 5,20). Jednajmy się też z braćmi, aby przed naszym Panem stawać jako jeden Kościół, jedna rodzina Boża, jedna wspólnota…


Katecheza trzecia:

Tylko jedna Msza Święta…

Trochę mylące może być to, że w biuletynach,  ogłoszeniach, na stronach internetowych oraz plakatach bywają podawane różne godziny rozpoczynania Mszy Świętej w poszczególnych miejscach. Ten porządek odprawiania Eucharystii sugeruje, że każdego dnia jest ona sprawowana kilkaset tysięcy razy, właściwie w każdym zakątku ziemi. Nawet pojawiające się określenia, np. Msza dla dzieci, Msza ślubna czy pogrzebowa sugerują ogromną różnorodność i zmienność tego, co dokonuje się na ołtarzu. Potrafimy tworzyć swego rodzaju rytuał lub zwracamy uwagę na upodobania, które sprawiają, że liczy się przede wszystkim kto i jak celebruje, ile liturgia trwa, a nawet jakie zewnętrzne okoliczności jej towarzyszą. Tak kapłani, jak i wierni ośmielają się nawet mówić o „mojej” czy „naszej” Mszy Świętej, niejako ją zawłaszczając.

Jest to poniekąd zrozumiałe. Jako ludzie podlegamy ograniczeniom czasu i przestrzeni, w których żyjemy. Zwykle postrzegamy i uświadamiamy sobie zdarzenia nie wszystkie naraz, ale po kolei, i klasyfikujemy je jako przeszłe, teraźniejsze i przyszłe. Podobnie patrzymy na dzieło Chrystusa, na Jego życie, Mękę, śmierć i Zmartwychwstanie. To fakty historyczne, które wydarzyły się w konkretnym miejscu i czasie. Ale to było dawno i daleko. W Wielkim Poście przeżywamy na nowo jakiś smutek i żal, korzystamy z obrazów i znaków, aby wyciągnąć z tego ważną naukę i uświadomić sobie, jak bardzo Bóg nas kocha. Ale to jest przeszłość. Skończyło się.

Jednak Pan Bóg nie widzi tego w ten sposób. U Boga nie ma czasu: „jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień” − zauważa św. Piotr (2 P 3,8). Bóg wykracza poza czas i przestrzeń. On żyje w „wiecznym teraz”. Dlatego Męka, śmierć, Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie Chrystusa, czyli to, co w Kościele nazywamy „Misterium Paschalnym”, nie przemija. „Jezus umiera, zostaje pogrzebany, zmartwychwstaje i zasiada po prawicy Ojca «raz na zawsze»". Jest to wydarzenie rzeczywiste, które miało miejsce w naszej historii, ale jest ono wyjątkowe, ponieważ wszystkie inne wydarzenia historyczne występują tylko raz i przemijają, znikają w przeszłości. Misterium Paschalne Chrystusa przeciwnie − nie może pozostawać jedynie w przeszłości, ponieważ przez swoją Śmierć zniweczył On śmierć, a ponadto to, kim Chrystus jest, a także to, co uczynił i co wycierpiał dla wszystkich ludzi, uczestniczy w wieczności Bożej, przekracza wszelkie czasy i jest w nich stale obecne” − zaznacza Katechizm Kościoła (KKK 1085).

To oznacza, że odprawiana Msza Święta nie jest jednostkowym, odseparowanym wydarzeniem. W Eucharystii staje się cud. Ona ”nie tylko przypomina wydarzenia, które dokonały naszego zbawienia, ale aktualizuje je i uobecnia. Misterium Paschalne Chrystusa jest celebrowane, a nie powtarzane” (KKK 1104). Ofiara Chrystusa i ofiara Eucharystii są jedną ofiarą. „Sam Chrystus, wieczny Arcykapłan Nowego Przymierza, działając przez posługę kapłanów, składa Ofiarę eucharystyczną. Sam Chrystus, rzeczywiście obecny pod postaciami chleba i wina, jest również darem ofiarnym składanym w Eucharystii” − mówi nauczanie Kościoła (KKK 1367.1410).

A więc jest tylko jedna Msza, jedna wieczna Eucharystia i Chrystus celebruje ją w niebie. Składa On Ojcu w otoczeniu świętych i aniołów wyśpiewujących Jego chwałę swą raz na zawsze dokonaną ofiarę. Nasza ziemska liturgia uczestniczy w liturgii nieba i daje nam „niejako przedsmak uczestnictwa w liturgii niebiańskiej, odprawianej w mieście świętym Jeruzalem, […] gdzie Chrystus siedzi po prawicy Bożej jako sługa świątyni i prawdziwego przybytku. W liturgii ziemskiej ze wszystkimi zastępami duchów niebieskich wyśpiewujemy Panu hymn chwały” (KKK 1090).

Przez naszą Mszę Świętą, nawet w najskromniejszym parafialnym kościele, zawsze i wszędzie „jednoczymy się już teraz z liturgią niebieską i uprzedzamy życie wieczne” (KKK 1326). Przekraczamy granice czasu i miejsca. Jednoczymy się z całym Kościołem niebieskim (por. KKK 1419), a nie tylko „idziemy na Mszę Świętą”. Łączymy się z całym niebem i ziemią w celebrowaniu jednej wiecznej liturgii.

To absolutnie zawrotna pespektywa! Nie modlimy się sami, ani nawet nie modlimy się z osobami, które są w kościele. Modlimy się z całym Kościołem na całej ziemi i w niebie. Kiedy idziemy na Eucharystię, idziemy do nieba. Taka jest rzeczywistość. To najgłębsza prawda każdej Mszy Świętej, niezależnie od wszystkich zewnętrznych okoliczności takich jak jakość muzyki i śpiewu, trafność kazania i bogactwo szat liturgicznych, liczba zgromadzonych czy ranga uroczystości. Msza Święta jest niebem na ziemi. Dlatego − zauważa św. Jan Paweł II – Eucharystia „jest największym darem, jakim w porządku łaski i Sakramentu Boski Oblubieniec obdarzył i stale obdarza swoją Oblubienicę”, czyli Kościół (List Dominicae Cenae 12).

Ważne jest to, co widzimy i słyszymy, czego doświadczamy za pomocą naszych zmysłów. Kiedy jednak gromadzimy się na Eucharystię, o wiele ważniejsze i prawdziwsze jest to, czego nie widzimy i co umyka naszemu doświadczeniu zmysłowemu. Oto bowiem prawa przestrzeni i czasu, które nas ograniczają na co dzień, ulegają załamaniu. Mamy rzeczywiście bezpośredni przystęp do najświętszych tajemnic, do Boga żywego. Stajemy naprawdę w Wieczerniku, w Ogrodzie Oliwnym, na Golgocie i przy pustym grobie. Jesteśmy w niebie z uwielbionym Panem.  „Darmo wzrok to widzieć chce. Tylko wiara, Boża mowa, pewność o tym w serca śle”.

Bardzo ważny jest ciągły wysiłek przekraczania tylko naszego ludzkiego, niejako zewnętrznego, sposobu patrzenia na Mszę Świętą. Czasem za bardzo koncentrujemy się za sprawach absolutnie drugorzędnych, potrafimy o nie toczyć spory i kłótnie, a umyka istota. Przypominamy Apostołów, którzy dopiero na górze Tabor, przez chwilę zobaczyli prawdziwe, chwalebne oblicze Jezusa i towarzyszących Mu proroków. Choć na co dzień byli tak blisko Pana, nie dostrzegali Jego bóstwa. Góra Przemienienia była momentem przełomowym.

Niech nas Pan Bóg uchroni przed duchową ślepotą. Niech nam da „światłe oczy serca, byśmy wiedzieli, czym jest bogactwo Jego chwały” (por. Ef 1,18). Często się módlmy: „Dotknij Panie moich oczu abym przejrzał. Dotknij Panie moich warg, abym przemówił z uwielbieniem. Dotknij Panie mego serca i oczyść je. Niech Twój Święty Duch dziś ogarnia mnie”. Bo zaiste wielka rozgrywa się tajemnica wiary, gdy Pan nas na Mszę Świętą gromadzi…


Katecheza druga:

Upadnij na kolana…

Chętnie śpiewamy pieśń eucharystyczną, której słowa zapraszają, aby „upadać na kolana” przed naszym Bogiem. Gdy wchodzimy do kościoła, zwykle przyklękamy na jedno lub klękamy na dwa kolana, oddając cześć Chrystusowi obecnemu w tabernakulum. To jest najświętsze miejsce w każdej świątyni. Nasz Bóg tu się ukrywa. Nie widzimy Go, ale On jest prawdziwie i realnie obecny. Zdarzało się, że ludzie wątpili, czy w małym kawałku chleba może się zmieścić Stwórca wszystkiego. Wiele razy Chrystus wychodził naprzeciw tym ludzkim pytaniom i pokazywał, że naprawdę tu z nami pozostał.

Pierwszym odnotowanym w historii Kościoła wydarzeniem potwierdzającym realną obecność Pana Jezusa pod postaciami chleba i wina jest cud w Lanciano [czyt. Lanczjano]. Wydarzył się na początku VIII wieku. Z Konstantynopola przybyła grupa mnichów bazyliańskich. Wśród nich był kapłan, który wątpił w rzeczywistą obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Modlił się, aby Pan usunął tę ranę niewiary z jego serca. Cud wydarzył się podczas sprawowania Najświętszej Ofiary. Mnich, po konsekracji, kiedy wypowiedział słowa: „Bierzcie i jedzcie, to jest moje Ciało... Bierzcie i pijcie, to jest moja Krew” – zobaczył, że hostia zamieniła się w ciało, a wino w kielichu w krew. Dłuższy czas milczał i stał w bezruchu. Potem zawołał: „Patrzcie, oto prawdziwe Ciało i Krew Pana naszego Jezusa Chrystusa, które uczynił widzialne dla mnie w tym celu, abym nie był już niedowiarkiem, lecz wierzącym. Zobaczcie, jaki cud się dokonał”. Kilka dni po tym wydarzeniu zauważono, że cudownie przemienione Ciało Pańskie się kurczy. Umocowano je do specjalnego, kosztownego materiału, aby je zachować w kształcie hostii dla przyszłych pokoleń. Najświętsza Krew Chrystusa skrzepła i podzieliła się na pięć osobnych grudek. Kilkakrotnie w latach 70, 80 i 90 dwudziestego stulecia dokonywano bardzo szczegółowych i długoletnich badań naukowych tego cudu. Stwierdzono, że „cudowne ciało z Lanciano jest cząstką ludzkiego ciała. Cudowna zaś krew jest ludzką krwią”. Ogłoszono, że ciało to dokładnie przekrój mięśnia – z góry na dół wycięty sam środek konającego serca. Ciało i krew mają tę samą grupę krwi AB. Krew i ciało przetrwały w bardzo dobrym stanie ponad dwanaście wieków, co z punktu widzenia naukowego i racjonalnego jest po prostu niemożliwe. Pomimo niesprzyjających czynników biologicznych i atmosferycznych nie znaleziono w nich śladów konserwantów czy balsamowania.

W Lanciano nadal zdarzają się cuda, które odmieniają ludzkie serca. Pewien narkoman dopuszczający się kradzieży dawał świadectwo, że uratował go właśnie ten cud eucharystyczny. To właśnie tu po raz pierwszy zobaczył i zrozumiał, że Pan Jezus za każdym razem daje nam całego siebie w Eucharystii. Miłość Chrystusa podniosła go z jego upadków i zaczął żyć na nowo. Dziś sam jest chodzącym cudem. Podobnych świadectw można cytować bardzo wiele.

Jezus pragnie ożywić naszą wiarę w swą eucharystyczną obecność i dlatego co jakiś czas pojawiają się nowe znaki – cuda, które jednoznacznie wskazują, że w Eucharystii jest obecny On sam. Jeden z ostatnich cudów uznanych przez władze kościelne miał miejsce w stolicy Argentyny – Buenos Aires. 18 sierpnia 1996 roku wieczorem o godzinie 19.00 ks. Alejandro [czyt. Alehandro] Pezet odprawiał Mszę Świętą. Pod koniec udzielania Komunii podeszła do niego kobieta, informując, że z tyłu kościoła na świeczniku leży porzucona Hostia. Ksiądz poszedł we wskazane miejsce i zobaczył tak sprofanowaną i pobrudzoną Hostię, że nie mógł jej spożyć. Włożył ją do naczynka z wodą i schował do tabernakulum w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Kiedy w poniedziałek 26 sierpnia otworzył tabernakulum, ze zdziwieniem stwierdził, że Hostia zamieniła się w krwistą substancję. Poinformował o tym obecnego papieża Franciszka, wówczas biskupa stolicy. Przez kilka lat przechowywano ją w tabernakulum, trzymając całą sprawę w tajemnicy. Ponieważ Hostia nie ulegała degradacji, w 1999 roku decyzją ks. kardynała Bergoglio postanowiono poddać ją naukowym badaniom. Próbkę przesłano naukowcom w Nowym Jorku, nie informując o jej pochodzeniu. Lekarze oświadczyli, że "badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. Ten mięsień jest odpowiedzialny za skurcze serca. Serce żyło w chwili pobierania wycinka. Co więcej, to serce cierpiało – tak jak ktoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej". Gdy ujawniono pochodzenie próbki, naukowcy stwierdzili, że nie znajdują wyjaśnienia dla tego faktu, a jego zaistnienia nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Jedyną rozsądną odpowiedź może dać tylko wiara w nadzwyczajne działanie Boga, który przez ten znak chce uświadomić, że On jest rzeczywiście obecny w Eucharystii. Jego obecność jest realna, a nie symboliczna. Możemy Go zobaczyć tylko oczami wiary pod postaciami konsekrowanego chleba i wina. Nie widzimy Go oczami ciała, choć jest tam obecny w swoim uwielbionym człowieczeństwie. Jezus w Eucharystii widzi, kocha nas i pragnie nas zbawić.

Także w Polsce miały miejsce podobne wydarzenia – ostatnio w roku 2008 w Sokółce i w 2013 w Legnicy. Wielkich cudów eucharystycznych odnotowano ponad 130 w historii Kościoła. Każdy z nich jest jakby potwierdzeniem tego, w co wierzymy. W Dzienniczku wiele razy pojawia się świadectwo św. Faustyny, która ogląda oblicze Pana Jezusa w Hostii, gdy jest ukazywana w czasie Mszy Świętej. Jezus jest obecny i żywy w każdym kościele. Codziennie czeka tam na każdego z nas.

W Ewangelii jak refren pojawiają się słowa o ludziach, którzy spotykając Pana, upadali przed Nim na kolana czy na twarz. Oddawali Mu hołd i wyrażali w ten sposób wiarę, że On jest Bogiem żywym i prawdziwym. Z szacunkiem i namaszczeniem czynimy podobnie: gdy wchodzimy do świątyni, gdy przechodzimy przez jej środek, a na tej linii znajduje się tabernakulum; w czasie przeistoczenia, gdy podchodzimy do komunii świętej; przed wyjściem z kościoła; a także wtedy gdy widzimy kapłana niosącego Pana Jezusa w monstrancji czy w bursie w drodze do chorego – klękamy wówczas przed żywym, prawdziwym i realnie obecnym Bogiem. Klękajmy więc starannie, pobożnie, nie lękając się, że pobrudzimy kolana czy ubranie. To Bóg prawdziwy, choć lubi się ukrywać, aby nas Jego majestat nie poraził. „O milcząca Hostio biała, na kolanach wielbię Cię. Tyś tak nikła, taka mała, a w Twym cieniu kryje się Ten, co rządzi całym światem, Bóg wszechmocny, Stwórca nasz, przed którego majestatem aniołowie kryją twarz”. Więc upadajmy na kolana, aby tym znakiem czci wyrazić naszą wiarę, nawet naszą pewność, że tu jest Pan…


Katecheza pierwsza:

Tajemnica Eucharystii wymaga ciszy…

Początkujący dziennikarz André Frossard jako dwudziestolatek pracował w Paryżu. Był ateistą, ale zaprzyjaźnił się z praktykującym katolikiem Andrzejem Villeminem, który bezskutecznie starał się doprowadzić go do wiary. 8 czerwca 1935 roku Villemin zaprosił przyjaciela na obiad. Pojechali do centrum Paryża i zatrzymali się przed małym kościołem, w którym trwała adoracja Najświętszego Sakramentu. Villemin poprosił Frossarda, aby poczekał na niego kilka minut, ponieważ ma ważną sprawę do załatwienia. Po pewnym czasie zniecierpliwiony dziennikarz wszedł do świątyni. Stanął z tyłu i patrząc na klęczących ludzi, bezskutecznie próbował odnaleźć swojego przyjaciela. Kiedy spojrzał na główny ołtarz, jego uwagę przykuła monstrancja z Najświętszym Sakramentem. Nie wiedział, co to jest. Nagle, w sposób niewytłumaczalny i całkowicie niezależny od niego, odczuł, że w jego wnętrze wnika jakaś tajemnicza moc, która uwalnia go od duchowej ślepoty spowodowanej ateizmem i umożliwia mu doświadczenie istnienia innego świata, bardziej rzeczywistego aniżeli ten, w którym żył. Potem napisał: „wszedłem do kaplicy jako ateista, a w kilka minut później wyszedłem z niej jako chrześcijanin – i byłem świadkiem swojego własnego nawrócenia, pełen zdumienia, które ciągle trwa… Jeszcze dziś widzę tego dwudziestoletniego chłopca, którym wtedy byłem. Nie zapomniałem jego osłupienia, kiedy nagle wyłaniał się przed nim z głębi tej skromnej kaplicy świat, inny świat – o blasku nie do zniesienia, o szalonej spoistości, którego światło objawiało i jednocześnie zakrywało obecność Boga, tego samego Boga, o którym jeszcze przed chwilą przysięgałby, że istnieje tylko w ludzkiej wyobraźni. Jednocześnie spływała na niego fala słodyczy zmieszanej z radością – o mocy, która może skruszyć serce i której wspomnienie nigdy nie zaniknie. Odwrócił się definitywnie porządek rzeczy. Od tej chwili, mógłbym powiedzieć, że dla mnie tylko Bóg istnieje, a wszystko inne jest jedynie hipotezą…”

Ile razy wchodzimy do naszych kościołów, wkraczamy do tego wyjątkowego świata, który jest bardziej rzeczywisty, bardziej prawdziwy i bardziej świetlisty niż ten, w którym żyjemy. Jest to też świat tajemniczy, bo Bóg jest tajemnicą. I wobec mocy Pana, wobec Jego miłości i „słodyczy zmieszanej z radością”, której nam czasem jak Frossardowi udaje się doświadczyć, wpadamy w zdumienie i upadamy na kolana. Wobec Jezusa Chrystusa, który jest Bogiem żywym i pozostał z nami w Najświętszym Sakramencie, koniecznie potrzeba tej ciszy pełnej zachwytu i najwyższego hołdu uwielbienia.

W wielkich bazylikach i sanktuariach, dokąd pielgrzymują co roku miliony wiernych, bardzo często pojawiają się komunikaty z prośbą o zachowanie ciszy. Dla niektórych jest to wymaganie zupełnie niezrozumiałe. Ale świadectwo i przynaglenie innych pozwala im stopniowo zanurzyć się w klimat milczenia, który jest niezbędny do obcowania z tajemnicą Boga.

Niedawno w liturgii Bożego Narodzenia przypomnieliśmy sobie tekst z księgi Mądrości: "Gdy głęboka cisza zalegała wszystko, a noc w swoim biegu dosięgała połowy, wszechmocne Twe słowo z nieba, z królewskiej stolicy, jak miecz ostry niosąc Twój nieodwołalny rozkaz, jak srogi wojownik runęło pośrodku zatraconej ziemi." (Mdr 18,14-15). Komentując te słowa, można za św. Janem od Krzyża powiedzieć, że pierwszym językiem Boga jest cisza. Jeśli zabijamy ciszę, dokonujemy zamachu na samego Boga. Gdy prorok Eliasz na górze Horeb był świadkiem gwałtownej wichury, potem trzęsienia ziemi, a następnie błysków ognia, nie rozpoznał w nich głosu Pana. Usłyszał Go w szmerze łagodnego powiewu (por. 1 Krl 19,11-13). Bóg przemawia w ciszy i to jest uprzywilejowane środowisko doświadczania Jego mocy i obecności. „Głośniej niźli w rozmowach Bóg przemawia w ciszy. I kto w sercu ucichnie, zaraz go usłyszy” –  pisał Adam Mickiewicz. „Bóg kocha ciszę (…) nie odnajdziemy Go w hałasie i zamieszaniu” – mówiła Matka Teresa z Kalkuty. Takich świadectw i zachęt można cytować wiele. Istnieje jakaś wielka wspólna zgoda ze strony Pana Boga i człowieka co do tego, że cisza jest niezbędna w kontaktach Stwórcy ze swoim stworzeniem.

Pełna czci i zachwytu cisza jest szczególnie potrzebna, gdy adorujemy wielką tajemnicę naszej wiary – obecnego w Eucharystii Jezusa Chrystusa. To jakby przedsionek wchodzenia w relację z Panem, który ukrywa się pod postaciami chleba i wina. Milczenie przed Jezusem to zaproszenie, aby się nam objawiał i wsączał w serca miłość, która wszystkiemu nadaje zupełnie nowy sens.

Warto się zatroszczyć o oswojenie ciszy w naszej codzienności, zanim jeszcze wejdziemy do kościoła. Warto częściej wyłączać radio czy telewizor, wyciszyć telefon komórkowy, a domowników poprosić o uszanowanie tej naszej oazy milczenia. Dobrze wziąć do ręki wartościową lekturę. Niech nie tyle zaspokaja ona chęć dotarcia do sensacji, ile zmusza do głębszej refleksji i zadumy. Wiele osób dba o kontakt ze światem przyrody, który w naturalny i zdrowy sposób wprowadza w łagodne, choć intensywne doświadczenie ciszy. Jak muzyka jest harmonijnym połączeniem dźwięku i ciszy, tak nasze życie, aby nie było tylko jakimś szalonym biegiem, wymaga milczenia i zadumy.

Bardzo mocno strzeżmy modlitewnej ciszy w naszych świątyniach. Gdy dochodzimy do placu kościelnego, niech przycichną rozmowy, niech bardziej spokojny stanie się nasz krok, a wraz z otrzepywanym na wycieraczce pyłem, na zewnątrz pozostaną wszystkie niepotrzebne słowa. Przybywajmy wcześniej, aby powoli i spokojnie nasączała nas modlitewna atmosfera, którą promieniują mury uświęcone obecnością Pana. Niech stanie się czymś oczywistym, że w kościele głównym, a nawet jedynym Rozmówcą jest mój Bóg. I tak się z Nim porozumiewam, właśnie w ciszy, aby i innym tego spotkania nie utrudniać. Jeśli ktoś tego nie rozumie, niekoniecznie trzeba się zaraz odwoływać do zgorszonego spojrzenia i głośnego „pst…”. Może lepiej delikatnie poprosić: „Przepraszam, ale nie słyszę Pana Boga. Czy mogę liczyć na pomoc w modlitwie…”? Zresztą są takie sytuacje, gdy słowo nie psuje ciszy, ale nadaje jej nowy wymiar – tak jest czasem ze spontanicznymi reakcjami dzieci, które są przecież pełnoprawnymi, może nawet uprzywilejowanymi, uczestnikami spotkania z Jezusem w kościele.

To prawda, że cisza w świątyni wszystkiego nie załatwia, tak jak sama obecność wody nie sprawia, że każdy potrafi od razu pływać. Ale też, jak nie można pływać teoretycznie, czyli  bez wody, tak  nie można wchodzić w głęboką relację z Jezusem w Eucharystii bez milczenia. Dlatego niezbędne są chwile ciszy w liturgii Mszy Świętej, konieczne jest milczenie na adoracji i tak oczywiste przypomnienie: „Zachowaj ciszę - Pan blisko jest”.

Gdy młody André Frossard wszedł do paryskiego kościoła, właśnie zanurzenie w ciszę adoracji pozwoliło Panu Bogu objawić Mu swoje istnienie i dało możliwość zakosztowania „słodyczy zmieszanej z radością”, której wspomnienie nigdy nie zanikło, lecz zmieniło życie pisarza, a przez jego świadectwo wpłynęło zdecydowanie na życie wielu innych osób. Ta historia wciąż się powtarza, gdy w ciszy zbliżamy się do Jezusa. On nadal najchętniej w milczeniu przemawia do każdego z nas. „Wtedy życie się upraszcza, wiara się odmładza, ziemia się przybliża, niebo się otwiera, Bóg się uśmiecha, człowiek wraca inny…”