Pyrzowice - Parafia

Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny

Katechezy o Janie Pawle II


Katecheza jedenasta:

MODLITWA

            Czym jest modlitwa? Wielu z nas kojarzy się ona z prośbami zanoszonymi do Boga i oczekiwaniem, że Bóg spełni nasze prośby. Niestety, wielu jest zawiedzionych, mówiąc, że Bóg ich nie wysłuchał, mimo, że tak gorliwie się modlili. Niektórzy nawet rezygnują mówiąc, że już więcej nie będą się modlić, bo Bóg ich i tak nie wysłuchuje. A co na temat modlitwy mówi nam Jan Paweł II? Znamienne jest to, że umieszcza ją w kontekście podstawowego powołania chrześcijanina do świętości.

            Papież w liście apostolskim Novo millennio ineunte zwraca uwagę, iż „perspektywą, w którą winna być wpisana cała działalność duszpasterska, jest perspektywa świętości”[1]. Chrześcijańskie życie powinno bowiem w naturalny sposób zmierzać do świętości. Uzasadnieniem tej podstawowej prawdy są następujące słowa Ojca Świętego: „skoro chrzest jest prawdziwym włączeniem w świętość Boga poprzez wszczepienie w Chrystusa i napełnienie Duchem Świętym, to sprzeczna z tym byłaby postawa człowieka pogodzonego z własną małością, zadowalającego się minimalistyczną etyką i powierzchowną religijnością. Zadać katechumenowi pytanie: Czy chcesz przyjąć chrzest? znaczy zapytać go zarazem: Czy chcesz zostać świętym?[2]

Świętość jest zatem podstawowym powołaniem każdego chrześcijanina. Nie należy jej jednak pojmować jako swego rodzaju wizję nadzwyczajnego życia, dostępnego jedynie wybranym „geniuszom” świętości. Drogi do świętości są bardzo różne i dostosowane do każdego powołania. Zdaniem papieża, przykład życia tak wielu beatyfikowanych i kanonizowanych chrześcijan w minionych latach, świadczy najlepiej, o tym, że można się uświęcić w najzwyklejszych okolicznościach życia[3].

Dlatego na progu trzeciego tysiąclecia Jan Paweł II wzywał wszystkich wiernych, aby wypłynęli na głębię i poddali się łagodnym i nieomylnym tchnieniom Ducha Świętego, który poprowadzi ich do świętości. Owo działanie Ducha, który „tchnie tam, gdzie chce” (por. J 3, 8), w szczególny sposób objawia się w tajemnicy modlitwy[4]. Ojciec Święty zwraca naszą uwagę na sztukę modlitwy. Wskazuje tym samym, że modlitwy trzeba się ciągle uczyć. Należy nabywać sprawności w codziennej modlitwie. Albowiem sztuka, to „umiejętność tworzenia, wykonywania czegoś biegle, wprawnie; kunszt, mistrzostwo”[5]. Aby nabyć takiej wprawy, trzeba się zaprawiać do modlitwy.

Można jednak zapytać: Czy słusznie mówi się o sztuce modlitwy? Ktoś mógłby wysunąć zastrzeżenie, że słowo sztuka jest niewłaściwe, gdyż zdaje się sugerować, iż modlitwa, to ludzkie dzieło, powstałe dzięki wysiłkowi woli. Tymczasem Katechizm Kościo­ła Katolickiego określa modlitwę przede wszystkim jako dar, przymierze i komunię[6]. Jed­nakże wyrażenie sztuka modlitwy nie tylko sugeruje, że modlitwa jest darem i owocem działania Ducha Świętego, który jako jej najwyższy twórca kształtuje słowa, myśli i uczucia, ale wyrażenie to wskazuje także na piękno jej inspiracji, na radość i trud, które nieodłącznie towarzyszą procesowi uczenia się, także artystycznego.

Nie należy zatem uważać modlitwy za coś dokonanego, bowiem wymaga ona delikatnej pedagogii, której punktem wyjścia jest kontemplacja modlącego się Jezusa - i na tym właśnie polega piękno sztuki modlitwy. Modlitwa musi być też kształtowana przez najdoskonalszego mistrza modlitwy, czyli Ducha Świętego, który wzbudza ją w nas i odpowiednio kształtuje. Być może właśnie dlatego niektórzy mistrzowie życia wewnętrznego mówili o modlitwie jako o „melodyjnej grze na cytrze”, której dźwięki sam Duch Święty wzbudza w sercu wierzącego. Dar i zmaganie, właściwe usposobienie i trud nauki, piękno i radość modlitwy, uległość wobec działania Ducha Świętego, to jest właśnie sztuka modlitwy[7]. Aby jednak Duch Święty mógł uczynić chrześcijanina mistrzem modlitwy, musi on najpierw poznać jej podstawowe zasady, aby mógł całkowicie oddać się pod Jego dzianie. Innymi słowy, podobnie jak w każdym ludzkim działaniu, tak i w modlitwie potrzebna jest pewna rutyna, czyli „biegłość w wykonywaniu czegoś, wypracowana przez lata doświadczeń; wprawa, praktyka, profesjonalizm”[8].

Jan Paweł II zauważa, że mimo rozległych procesów laicyzacji „obserwujemy dziś w świecie powszechną potrzebę duchowości, która w znacznej mierze ujawnia się właśnie jako nowy głód modlitwy. Także inne religie, obecne już na szeroką skalę również na terenach od dawna schrystianizowanych, proponują własne sposoby zaspokojenia tej potrzeby i czynią to czasem w sposób bardzo przekonujący”[9]. Dlatego tym bardziej trzeba odwoływać się do Pisma Świętego i nauki Kościoła, aby od samego Jezusa uczyć się sztuki modlitwy.

Modlitwa jest pierwotnym spontanicznym aktem religijnego człowieka. Jest aktem niesłychanie złożonym, dlatego niełatwo jest podać jej prostą definicję. Angażuje bowiem całego człowieka, jego umysł, wolę, uczucia i ciało, a co najważniejsze, dotyczy nadprzyrodzonej rzeczywistości. Ujmując rzecz najprościej, modlitwą jest każde pobożne wzniesienie myśli do Boga i nawiązanie z Nim wewnętrznego kontaktu.

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus pisze: „Modlitwa jest dla mnie wzniesieniem serca, prostym spojrzeniem ku Niebu, okrzykiem wdzięczności i miłości zarówno w cierpieniu, jak i radości”[10]. Natomiast Jan Paweł II wyjaśniając, czym jest modlitwa, stwierdza, że jest ona rozmową. A „w rozmowie zawsze jest: ja i ty, w tym wypadku Ty pisane przez duże T. Początkowo doświadczenie modlitwy uczy, że ja wydaje się tu wiodące. Potem przekonujemy się, że naprawdę jest inaczej. Wiodące jest Ty, w którym bierze początek nasza modlitwa. (...) W modlitwie najważniejszy jest Bóg. Najważniejszy jest Chrystus, który stale wyzwala stworzenia z niewoli zepsucia i prowadzi ku wolności, ku chwale dzieci Bożych. Najważniejszy jest Duch Święty, który przychodzi z pomocą naszej słabości. Modlitwę zawsze zaczynamy z myślą, że to jest nasza inicjatywa. Tymczasem jest to zawsze Boża inicjatywa w nas”[11]. Katechizm Kościoła Katolickiego podkreśla, że modlitwa, to wiara przeżywana „w żywym i osobistym związku z Bogiem żywym i prawdziwym”[12]. „Życie modlitwy polega (…) na stałym trwaniu w obecności trzykroć świętego Boga i w komunii z Nim”[13].

Modlitwa jest powszechnym zjawiskiem i ma ogólnoludzki zasięg. Modlą się bowiem nie tylko chrześcijanie, ale lecz również wyznawcy religii Mojżeszowej, mahometanie, buddyści, hinduiści, czyli w ogóle wyznawcy wszelkich religii. Gdyby nie było u nich modlitwy, ich najgłębsze przekonania nie zasługiwałyby na tytuł i rangę „religii”. Modlitwa chrześcijan ma jednak szczególny, bardzo swoisty charakter. Bowiem chrześcijanin zawsze modli się z Chrystusem, który sam nas o tym zapewnia mówiąc: „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20). To właśnie On, Jezus Chrystus, Boski Pośrednik, Najwyższy Kapłan Nowego Testamentu jest tym, który w swoim Mistycznym Ciele – Kościele wielbi Swojego Ojca w niebie. niebieskiego. My zaś, wszczepieni w Niego przez chrzest i obdarzeni dzięki łasce godnością Jego przybranych braci i sióstr, cieszymy się też Jego szczególną obecnością w czasie modlitwy. Kiedy więc chrześcijanin się modli, wraz z nim i w nim modli się Chrystus[14]. Właściwiej byłoby powiedzieć, że to chrześcijanin dołącza do modlącego się Chrystusa. I na tym polega zasadnicza różnica między modlitwą chrześcijanina a modlitwą wyznawców innych religii. Chrześcijanin, modląc się, nigdy nie jest odosobniony, bowiem jest on członkiem Mistycznego Ciała Chrystusa i modli się w jedności z Chrystusem i całą wspólnotą.

W modlitwie podobnie, jak w każdym ludzkim działaniu, istotną rolę odgrywa zaangażowanie myśli. W tym jednak przypadku mamy do czynienia z pobożnym wzniesieniem myśli. Zaś pobożna myśl zawiera w sobie zaangażowanie woli. Modlitewna czynność ogarnia zatem całego człowieka, jego konstytucję psychiczną i cielesną. Jej istotnym czynnikiem jest duchowe zaangażowanie, które wyraża się w różnorodnych aktach fizycznej ekspresji. Aby modlitwa zasługiwała na swoje miano, musi obejmować trzy zasadnicze elementy: pobożność, intencję i należytą uwagę.

Trzeba jednak pamiętać, że intensywna uwaga podczas modlitwy jest trudna do osiągnięcia. Nie należy zatem przesadzać z podkreślaniem jej konieczności, gdyż może to niektórych zrazić do modlitwy. Wielu rezygnuje z modlitwy właśnie dlatego, że, jak mówią, nie potrafią już tak skupić się na modlitwie, jak dawniej. Tę nieumiejętność trwania w doskonałym skupieniu utożsamiają ze złą modlitwą i w konsekwencji przestają się modlić. Pan Jezus wzywając każdego z nas do modlitwy nigdy nie mówi: „Uważaj, abyś był doskonale skupiony na modlitwie”, ale po prostu: „Módl się” (Mt 6, 5-7; por. Mt 26, 41), czyli wznoś jak najczęściej swoje myśli do Boga. Już bowiem sama myśl skierowana do Boga jest modlitwą. I nie należy z tego nigdy, czasem mimo trudności i rozproszeń, rezygnować. Modlitwie niekoniecznie musi towarzyszyć błogi nastrój. Nawet słowa skargi czy żalu zanoszone do Boga również są modlitwą.

Treść modlitewnego zwrócenia się do Boga bywa różna, dlatego też można mówić o odmiennych rodzajach modlitwy. Najogólniej rzecz ujmując da się wyróżnić cztery takie rodzaje: uwielbienie (adoracja), dziękczynienie, przebłaganie i prośba. Najczęstszym i najzwyklejszym rodzajem modlitwy – niekiedy nawet utożsamianym z nią w ogóle – jest prośba, modlitwa błagalna. Jest to pobożne, modlitewne przedstawienie Bogu własnych pragnień, aby je wysłuchał i spełnił. Uświadomioną potrzebę kieruje człowiek ku Bogu jako przedmiot swojej prośby z myślą, że będzie wysłuchany, że Bóg da mu to, o co prosi.

Czy zatem modlitwa prośby jest czymś w rodzaju powiadomienia Boga o jakoby nieznanych Mu sprawach ludzkiego życia? A może jest usiłowaniem zmiany odwiecznych wyroków Opatrzności? Albo jest przynagleniem Boga, niejako obojętnego czy niełaskawego człowiekowi? Tak nam się może czasem wydawać, ale przecież Bóg wie wszystko, wie czego nam potrzeba, zanim sami go o to poprosimy. On zna wszystkie nasze potrzeby i nie musimy Mu wcale o nich przypominać. Człowiek nie może też zmienić wyroków Bożej Opatrzności, gdyż wszystko się dzieje według odwiecznego Bożego planu. Przynaglanie Boga też tu nic nie pomoże. Ktoś więc może zapytać: Czy zatem w ogóle jest sens o cokolwiek prosić Boga?

Musimy sobie uświadomić, że nasza modlitwa nie jest wcale Panu Bogu potrzebna. Modlitwa prośby jest potrzebna człowiekowi, a to dlatego, aby uświadomił sobie, że jest Bożym stworzeniem, zależnym od swego Stwórcy, a nade wszystko, aby pamiętał, że jest umiłowanym dzieckiem Boga, który go kocha ponad wszystko inne, co stworzył. I jeśli o cokolwiek Boga poprosi, to otrzyma, bo tak zapewnia nas sam Jezus, kiedy mówi: „Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą” (Mt 7, 11). Św. Augustyn tak pisze o modlitwie prośby: „Mogłoby nas dziwić, dlaczego zachęca nas do modlitwy Ten, który zna nasze prośby, zanim Go poprosimy, gdybyśmy nie pamiętali, że Pan i Bóg nasz nie chce w ten sposób dowiedzieć się o naszych potrzebach, jako że zna je doskonale, ale poprzez modlitwę (chce) ożywić nasze pragnienie, abyśmy umieli przyjąć to, co nam dać zamierzył”[15].

Zatem człowiek powinien prosić Boga, aby On raczył urzeczywistnić to, co odwiecznie postanowił w swoich planach. Każdy z nas, naturalnym odruchem pragnienia modli się za siebie, przedstawia w modlitwie Bogu to, co jest mu potrzebne i czego pragnie. Taka modlitwa nie jest zła, ale nie można na niej tylko poprzestać. Trzeba wyjść poza krąg własnego „ja” i objąć modlitwą innych ludzi, bowiem tego właśnie domaga się miłość. Żąda ona, aby modlić się za innych ludzi, i to nie tylko za niektóre, wybrane osoby czy grupy ludzi, ale za wszystkich, zarówno żywych, jak i umarłych. Do modlitwy za innych zachęcają nas św. Paweł (por. l Tm 2, 1) i św. Jakub (por. Jk 5, 15). W modlitwie bowiem może się doskonale wyrazić, nadprzyrodzona miłość bliźniego. A ponieważ ta miłość, na wzór Bożej miłości do ludzi, powinna być powszechna, również i modlitwie nie może zabraknąć tej cechy[16].

Św. Ambroży tak pisze: „Pamiętaj, byś szczególnie modlił się za lud, to jest za całe ciało, za wszystkich członków Matki Kościoła. W tym właśnie objawia się wzajemna miłość. Jeśli bowiem modlisz się za siebie, taka modlitwa służy jedynie tobie. Kiedy każdy modli się tylko za siebie, mniej łaski otrzymuje grzesznik, niż ten, kto wstawia się za innymi. Kiedy natomiast pojedynczy wierni modlą się za wszystkich, wszyscy modlą się za każdego. Kiedy modlisz się sam za siebie, modlisz się tylko sam. Jeśli zaś modlisz się za wszystkich, wszyscy będą modlić się za ciebie. Wśród wszystkich bowiem jesteś także i ty”[17].

Warunkiem wysłuchania błagalnej modlitwy jest nade wszystko pokorne uniżenie się przed Bogiem. Bowiem pokora jest czynnikiem inspirującym religijność. Jest ona również natchnieniem dla aktów posłuszeństwa wobec Boga i spełnienia Jego przykazań. Im głębiej człowiek sięga do uznania prawdy o sobie, prawdy o swej małości i moralnej słabości, tym łatwiej potrafi przyjąć Bożą wolę i podporządkować się jej w swoim codziennym życiu.

Obok pokory, koniecznym warunkiem skuteczności błagalnej modlitwy kierowanej do Boga jest wytrwałość. Na ten przymiot modlitwy zwraca uwagę Jezus w wielu swoich swych pouczeniach, w szczególności zaś w przypowie­ści o przyjacielu wytrwale proszącym o chleb (por. Łk 11, 5-8) i o wdowie uporczywie nachodzącej sędziego z prośbą o sprawiedliwy wyrok (por. tamże 18, 1-8). Wartość wytrwałej modlitwy i jej skuteczność ukazuje Chrystus przy spełnieniu prośby niewiasty kananejskiej (por. Mt 15, 21-28). Do wytrwałości modlitewnej zachęca również św. Paweł (por. Ef 6, 17; Kol 4, 2)[18].

Oprócz pokory i wytrwałości warunkiem skuteczności błagalnej modlitwy jest zdanie się na Bożą wolę. Bez tego warunku nie ma bowiem mowy o pobożnej modlitwie, czyli modlitwie przenikniętej czcią należną Panu Bogu. Przykład całkowitego zdania się na Bożą wolę daje nam sam Jezus podczas modlitwy w Ogrójcu (por. Mt 26,39). W każdej też modlitwie musi być gotowość zdania się na Boga, czyli podporządkowanie swych pragnień Jego woli. A przedmiotem woli Boga jest przede wszystkim zbawienie człowieka. Również modlitwa Chrystusa ma za przedmiot urzeczywistnienie zbawczej woli Ojca Niebieskiego. Modli się On przed wyborem dwunastu Apostołów (por. Łk 6,12), modli się o jedność i zachowanie uczniów, o to, by Piotr wytrwał w wierze (por. Łk 22,32). Chrystus modli się, aby Ojciec przebaczył nieprzyjaciołom, tym, którzy Go ukrzyżowali (por. Łk 23,34)[19].

Prośby, które były treścią modlitwy Jezusa winny być treścią modlitwy Jego uczniów, dlatego w modlitwie „Ojcze nasz” Pan Jezus uczy ich prosić, by zostało poznane i uwielbione Imię Boga, aby nadeszło Jego Królestwo, by spełniła się jego zbawcza wola. Uczy nas również prosić o przebaczenie grzechów i zachowanie od złego, jak również o codzienny chleb. Przez tego rodzaju prośbę chrześcijanin wyznaje, że wszystko jest darem Stwórcy. Oczywiście, nie można upraszczać tej sprawy. Bóg nie jest jedynym odpowiedzialnym za to, by ludzie mieli wszystko to, co jest im konieczne do życia, ale wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni. W przeciwnym razie Ewangelia nie mogłaby wpajać potrzeby starania się i materialnej pomocy bliźnim znajdującym się w potrzebie. Wystarczy pomyśleć o opisie sądu ostatecznego, o którym pisze św. Mateusz w swojej ewangelii. Sędzia nagrodzi lub ukarze stosownie do tego, czy i jak ktoś praktykował uczynki miłosierdzia co do duszy i ciała względem bliźniego.

Człowiek w zanoszeniu swoich próśb do Boga nie powinien być osamotniony, ale może także prosić innych o wstawiennictwo za siebie. A możliwości w tej dziedzinie są duże. Może bowiem prosić o modlitewne wstawiennictwo świętych, swoich braci i siostry żyjących obok niego, a także dusze w czyśćcu cierpiące. Wielka szkoda, że wiele osób nie korzysta z tej przemożnej siły wstawienniczej modlitwy.

Najpierw należy poświęcić nieco uwagi wstawiennictwu świętych w błagalnej czynności modlitewnej. Chrześcijanie przecież nie zawsze kierują swoje prośby wprost do Boga, lecz często czynią to przez pośrednictwo świętych. Może powstać wątpliwość, czy taki sposób modlitwy jest słuszny i uzasadniony. Zastanawiając się nad tym, warto odwołać się do praktyki Kościoła, który w modlitwie liturgicznej, już od czasów starożytnych, oddaje cześć świętym i aniołom, zwracając się o ich wstawienniczą pomoc. Teologicznym uzasadnieniem wstawiennictwa świętych jest ich szczególna więź z Chrystusem i nasza z nimi wspólnota w Mistycznym Ciele Chrystusa[20].

Święci, będący w stanie chwały, modlą się za tymi, którzy są jeszcze „w drodze”, i którzy odczuwają wiele potrzeb. Ich modlitwa posiada, z Bożej łaskawości, moc wyjednywania. Tego wstawiennictwa nie należy rozumieć jako swego rodzaju przełamywanie „mocy niebios”, lecz trzeba widzieć, że włącza się ono w miłosierne plany Bożej Opatrzności. Święci proszą Boga o to, co Bóg chce sprawić właśnie przez ich modlitwę, a więc działają zawsze zgodnie z Jego wolą[21]. Szczególnie godne polecenia jest wstawiennictwo świętych patronów i aniołów stróżów. Są oni bowiem dani przez Boga ochrzczonym, aby strzegli ich na drodze do zbawienia i wstawiali się za nimi.

Według św. Tomasza z Akwinu, „święci modlą się za nami w dwojaki sposób: modlitwą zwyczajną o litość Boga nad nami i przedstawiając Mu nasze prośby i modlitwą swoich zasług, a zasługi te trwale są przed obliczem Boga i nie tylko im wychodzą na chwalę, ale także są wspomożeniem i modlitwą za nas. Oba te rodzaje modlitw świętych same w sobie mogą wyprosić skutecznie to, o co się modlą, same w sobie, bo z naszej winy możemy nie dostąpić owocu ich modlitwy. Natomiast modlitwy pierwszego sposobu, kiedy to oni zwyczajnie modlą się do Boga o coś dla nas, zawsze są wysłuchane, gdyż chcą tylko tego, czego Bóg chce, a proszą tylko o to, co chcą, by się stało. To zaś, czego Bóg zasadniczo chce, zawsze się spełnia, chyba, że chodzi o uprzednią (warunkową) wolę Bożą, którą np. „Bóg chce zbawić wszystkich ludzi” (1Tym 2, 4)”[22].

Orędownikami przed Bogiem mogą być nie tylko święci wyniesieni na ołtarze lub zmarli w opinii świętości, ale i ludzie żyjący, a więc nawet ci, którzy jeszcze sami potrzebują modlitwy. Można zwracać się do osób żyjących o wstawiennictwo do Boga. Praktyka taka musiała już istnieć w Starym Testamencie, skoro arcykapłan Ozjasz prosi bohaterkę narodu izraelskiego Judytę o modlitwę za lud (por. Jdt 8, 31). Chrystus modlił się za apostołów, prosił Boga za Piotra, aby nie ustała jego wiara (por. Łk 22, 32). Św. Paweł często zapewnia innych, że modli się za nich i prawie w każdym swoim liście, prosi o modlitwę w swojej intencji (por. Rz 15, 30; Ef 6, 18n; Koi 4, 3-4; l Tes 5, 25; 2 Tes 3, 1). Poleca też wiernym modlitwę wstawienniczą za wszystkich (por. Ef 6, 18; l Tm 2)[23].

Od dawna znana jest w Kościele praktyka proszenia pobożnych i cierpiących ludzi, a także tych poświęconych Bogu: sióstr klauzurowych, zakonników i kapłanów o modlitewne wstawiennictwo. Kto bowiem, przez stan łaski uświęcającej jest blisko Boga, może też skuteczniej przyczynić się do wysłuchania naszych próśb. Można powiedzieć, że jest bowiem on bardziej „znany” Bogu. Wspomina o tym świątobliwy biskup Diadoch z Fotyki: „Kto miłuje Boga z całego serca, tego Bóg zna. Im więcej potrafi ktoś przyjąć do swego serca Bożej miłości, tym bardziej miłuje Boga. (...) Człowiek taki żyje wprawdzie na tym świecie, lecz tak, jak gdyby na nim nie żył”[24].

W Kościele znana jest również praktyka modlitwy za wstawiennictwem dusz czyścowych. Ich możność modlitewnego wstawiania się za żyjącymi uzasadniałoby to, że mimo swego stanu są one utrwalone w łasce i Bożej miłości, a więc są w gronie przyjaciół Chrystusa, choć nie cieszą się jeszcze w pełni uczestniczeniem w Jego chwale. Natomiast duszom cierpiącym mogą pomóc żyjące osoby. Jest to szczególne i wyjątkowe apostolstwo, które powinien podjąć każdy katolik i prawdziwy chrześcijanin ofiarując za nie modlitwę, różaniec czy mszę św. Pisze o tym siostra Faustyna w swoim dzienniczku: „Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą”(Dzienniczek 20).

 

Święty Janie Pawle II, Ty pouczasz nas, że chrześcijanie powinni się wyróżniać w świecie, przede wszystkim sztuką modlitwy. Współczesny człowiek często jest zbyt pewny siebie, a jednak, w krytycznych i trudnych momentach swojego życia, musi uznać własną niemoc. Wówczas uświadamia sobie, że nie potrafi sam skutecznie działać i w związku z tym żyje w niepewności i lęku. Sposobem na to, aby stawiać czoła, nie tylko doraźnym trudnym sytuacjom, lecz także, dzień po dniu, trudom oraz osobistym i społecznym problemom jest, twoim zdaniem Ojcze Święty, pełna wiary modlitwa. Kto się modli, nie traci ducha nawet w obliczu największych trudności, ponieważ czuje, że Bóg jest przy nim, i w Jego ojcowskich ramionach znajduje schronienie, pogodę i pokój ducha[25]. Co więcej, otwierając się ufnie na Boga, bardziej wielkodusznie otwiera się na bliźniego i staje się zdolny budować historię zgodnie z Bożym planem. Święty Janie Pawle II módl się za nami.

ks. Jan Orzeszyna


[1] JAN PAWEŁ II, List apostolski na zakończenie Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 „Novo millennio ineunte” (6. 01. 2001), Poznań 2001(skrót: NMI), 30.

[2] Tamże 31.

[3] Por. Tamże.

[4] Por. Tamże 32.

[5] Słownik współczesnego języka polskiego, (red. B. DUNAJ), Warszawa 1996, s. 1099.

[6] Por. KKK 2559-2565.

[7] Por. J. C. CERVERA, Sztuka modlitwy, „L’Osservatore Romano” (wydanie polskie) 22 (2001) nr 10 (237), s. 48.

[8] Słownik współczesnego języka polskiego, dz. cyt., s, 985.

[9] NMI 33.

[10] Por. KKK 2558.

[11] JAN PAWEŁ II, Przekroczyć próg nadziei, Lublin 1994, s. 33.

[12] KKK 2558.

[13] Tamże 2565.

[14] Por. S. OLEJNIK, Teologia moralna życia osobistego, Włocławek 1999, s. 214.

[15] AUGUSTYN, List do Proby, [w:] Liturgia Godzin, t. IV, Poznań 1988, s. 319.

[16] Por. S. OLEJNIK, Teologia moralna życia osobistego, dz. cyt. s.223.

[17] AMBROŻY, Traktat o Kainie i Ablu, [w:] Liturgia Godzin, t.4, dz. cyt., s. 270.

[18] Por. Tamże.

[19] Por. Tamże.

[20] Por. Tamże, s. 226.

[21] Por. Tamże.

[22] TOMASZ Z AKWINU, Suma Teologiczna,. Wady i grzechy, Londyn 1963 (II-II q.

72, a.3), s. 30.

[23] Por. S. OLEJNIK, Teologia moralna życia osobistego, dz. cyt. s. 227.

[24] Z dzieła Diadocha, biskupa Fotyki, O doskonałości duchowej, [w:] Liturgia Godzin, t. 3, Poznań 1988, s. 80.

[25]Por. JAN PAWEŁ II, Trzeba się modlić (08. 09. 2002), „L’Osservatore Romano” (wydanie polskie) 23 (2002) nr 12 (248), s. 35.


Katecheza dziesiąta:

ŚWIĘTOWANIE NIEDZIELI

            Jeszcze do niedawna niedziela była świątecznym dniem, wolnym od pracy, który różnił się od pozostałych sześciu dni tygodnia. Był to uroczysty dzień, uświęcony mszą św., rodzinną modlitwą, celebrowaniem wspólnego obiadu i rodzinnych rozmów. Wszyscy ubierali odświętne stroje, a potem był czas na rozrywkę i odpoczynek. Dzisiaj to jest  najczęściej po prostu weekend, są wolne dni, nie ma święta i religijnego wymiaru niedzieli. Wielu parafian nie uczęszcza na niedzielną mszę św., ławki święcą pustkami, z reguły niewiele jest dzieci i jeszcze mniej młodych ludzi. O tym, czym dla każdego chrześcijanina ma być niedziela - przypomina Jan Paweł II w swoim nauczaniu, a zwłaszcza w liście apostolskim poświęconym świętowaniu niedzieli zatytułowanym - Dies Domini.

            Pisze tam, że niedziela jest dniem ofiarowanym nam przez Boga jako dar Jego miłości. Podkreśla, że dzień ten sięga korzeniami do samej istoty Bożego zamysłu względem człowieka[1]. Oznacza to, że Bożego przykazania o świętowaniu niedzieli nie można traktować tylko jako kościelnego przepisu, który dotyczy życia religijnego, ale należy pamiętać, że stanowi ono istotny i nieodzowny znak relacji człowieka z Panem Bogiem. Właśnie dlatego przykazanie to nie zostało umieszczone w Piśmie Świętym, wśród zwykłych kultowych i liturgicznych przepisów, ale jest częścią Dekalogu, który stanowi filar życia moralnego, i który jest zaszczepiony w sercu każdego człowieka. I trzeba, aby wszyscy chrześcijanie w tej właśnie perspektywie widzieli to przykazanie.

            Zdaniem papieża, niedziela, jako dzień odpoczynku, zawdzięcza swój charakter przede wszystkim temu, że Bóg ją pobłogosławił i uświęcił, to znaczy oddzielił od pozostałych sześciu dni tygodnia, aby była pośród nich dniem Pańskim. W tym dniu człowiek przerywa codzienny rytm swoich zajęć, nieraz bardzo uciążliwych, aby uznać swą zależność od Stwórcy. Dzień ten ma przypominać każdemu z nas o tym, że wszechświat i historia należą do Boga, i nikt nie będzie mógł wypełniać swojej misji współpracownika Stwórcy w świecie, jeżeli wciąż na nowo nie będzie uświadamiał sobie tej prawdy[2].

            Przykazanie Dekalogu, w którym Bóg poleca zachowywać szabat, wyrażone jest w Księdze Wyjścia w znamiennej formule: Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić (20,8). Zwróćmy uwagę, że przykazanie to wskazuje najpierw na fakt, o którym należy pamiętać, a dopiero potem nakazuje coś czynić. Wzywa do odnowienia pamięci o wielkim i podstawowym Bożym dziele, którym jest stworzenie[3]. Zatem człowiek powinien najpierw pamiętać o tym, co tak naprawdę oznacza ten dzień, aby go później uświęcać. Najważniejszą treścią trzeciego przykazania Dekalogu nie jest zatem zwykłe przerwanie pracy, ale świętowanie wielkich Bożych dzieł. Odpoczynek człowieka w Dniu Pańskim zyskuje właściwy sens w takiej mierze, w jakiej żywa jest ta pamięć, przeniknięta wdzięcznością wobec Boga i Jego uwielbieniem. Każdy z nas powinien w swoim niedzielnym odpoczywaniu naśladować odpoczynek samego Boga, który po sześciu dniach pracy: odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął (Rdz 2,2). Dokończywszy więc dzieła stworzenia zobaczył, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre (Rdz 1,31)[4]

Odpoczynek Boga w siódmym dniu podkreśla zatem doskonałość wykonanej pracy i zwraca naszą uwagę na fakt, że zatrzymał się On przed dziełem swoich rąk, kierując ku niemu spojrzenie pełne radości i zadowolenia, gdyż było bardzo dobre (Rdz 1,31). Jest to więc spojrzenie kontemplacyjne, które nie kieruje się ku następnym dziełom, lecz pozwala raczej zachwycić się pięknem tego, co już zostało dokonane. Zwraca się ono ku wszystkim rzeczom, ale w szczególny sposób ku człowiekowi, który jest zwieńczeniem stwórczego dzieła Boga[5].

            Zatem człowiek powinien w niedzielę oderwać się od swojej pracy i codziennych zajęć dlatego, aby pamiętać o wielkich Bożych dziełach i z wdzięcznością je podziwiać i celebrować. Przede wszystkim powinien pamiętać, czyli przypominać sobie to, co stanowi istotę jego życia. Powinien więc myśleć o celu ostatecznym, a także o swoim powołaniu i o życiowych zadaniach i obowiązkach, które są drogą prowadzącą go do zbawienia, a więc do wiecznego szczęścia. Oczywiście należy też pamiętać, że dla każdego z nas będą to inne osobiste przemyślenia.

I tak np. osoba konsekrowana winna sobie uświadomić, że jest przez Boga wybrana i przeznaczona do tego, by być w świecie znakiem Bożej obecności i Jego miłości.  Z kolei małżonkowie mają w niedzielę przypominać sobie, że miłość stanowi istotę ich życia. Co więcej, jest normą ich małżeńskiego i rodzinnego życia, tzn., że każdy z członków rodziny jest zobowiązany do życia miłością i do jej rozwijania. Innymi słowy, szczęście rodziny uzależnione jest od tego, na ile ojciec, matka i dzieci włączą się w wypełnianie tego zadania. W codziennym zabieganiu i nawale pracy wielu z nas niestety nie ma czasu na to, by zastanawiać się nad tym, co w ich życiu jest najistotniejsze, co stanowi jego cel. Zajęci drugorzędnymi sprawami zapominamy o tym, co jest najistotniejsze. Dlatego przynajmniej niedzielny odpoczynek powinien usposabiać do refleksji nad istotą życia rodzinnego.

Ponadto niedzielny odpoczynek powinien być zatrzymaniem się, czyli kontemplacją tego, co już zostało dokonane i zachwytem nad tym. Wielu rodziców myśli tylko o przyszłości swoich dzieci i własnej rodziny. Jakże często brakuje tego zatrzymania się i zachwytu – tak jak Bóg odpoczął w siódmym dniu, by stwierdzić, że wszystko, co stworzył, było bardzo dobre. Ktoś może  powiedzieć: czym tu się zachwycać, skoro wszystko takie szare i byle jakie. Może właśnie jest takie dlatego, że człowiek, myśląc tylko o tym, co ma jeszcze zrobić, nie przykłada się do swej pracy tak, jak należy, nie ma też czasu, by cieszyć się tym, co już zostało zrobione. Dlatego właśnie w niedzielę trzeba się zatrzymać, przyjrzeć się swoim własnym dzieciom: jakie duże już urosły, ile już umieją, jakie są już samodzielne i zaradne, serdecznie z nimi porozmawiać, bo najczęściej w tygodniu na wspólną rozmowę nie ma czasu. Trzeba zobaczyć również, ile już lat wspólnie się przeżyło, a także zachwycić się małżeńską i rodzinną miłością, aby uświadomić sobie, jak z każdym dniem czy tygodniem staje się ona coraz piękniejsza.

            Jan Paweł II wyjaśnia, że niedziela, bardziej niż jakikolwiek inny dzień tygodnia jest dniem Eucharystii. W niedzielnym zgromadzeniu najpełniej urzeczywistnia się jedność człowieka z Bogiem i z drugim człowiekiem, bowiem w nim sprawowane jest sakramentalne zjednoczenie, które stanowi istotny element natury Kościoła, czyli ludu zgromadzonego przez jedność i w jedności Ojca, Syna i Ducha Świętego. Chrześcijańskie rodziny znajdują w niedzielnej Eucharystii jeden z najbardziej wyrazistych znaków swej tożsamości i posługi jako „domowe kościoły”, kiedy rodzice przystępują wraz ze swoimi dziećmi do jednego stołu Słowa i Chleba życia[6].

            Choć udział w Eucharystii jest sercem niedzieli, nie należy rozumieć, że na tym wyczerpuje się obowiązek świętowania tego dnia. Bowiem Dzień Pański jest dobrze przeżyty, jeżeli cały jest przeniknięty wdzięczną i czynną pamięcią o zbawczych dziełach Boga. Dlatego chrześcijańscy rodzice powinni się starać, aby także inne wydarzenia dnia, nie mające liturgicznego charakteru, np. spotkania w gronie rodziny czy przyjaciół, różne formy rozrywki, odznaczały się pewnym stylem, który pomaga wyrażać wśród zwyczajnego życia pokój i radość Zmartwychwstałego Chrystusa. Nawet zwykłe spotkanie rodziców i dzieci może być sposobnością, nie tylko do wzajemnego otwarcia się na siebie i do dialogu, ale także do wspólnej, głębszej refleksji, która pozwala wprowadzić pewne elementy formacyjne[7].

Niektórzy rodzice, w ramach niedzielnego odpoczynku, udają się wraz z dziećmi do pobliskich sanktuariów czy kościołów, aby spędzić tam jakiś czas i przeżyć wraz z całą rodziną głębsze doświadczenie wiary. Niedzielny odpoczynek pozwala także rodzinie odkryć na nowo piękno przyrody i zachwycić się nim głęboko oraz uświadomić sobie, jakże często jest ono niszczone przez ludzką żądzę panowania, która w końcu zwraca się przeciw samemu człowiekowi. Podziwiając cuda przyrody, każdy z nas głębiej sobie wówczas uzmysławia, że wszystko, co Bóg stworzył, jest dobre i piękne[8]

Niedziela powinna być również dniem, w którym członkowie rodziny mogą się poświęcić dziełom miłosierdzia, działalności charytatywnej i apostolstwu. Wewnętrzne uczestnictwo w radości zmartwychwstałego Chrystusa oznacza także głęboki udział w miłości pulsującej w Jego Sercu. Nie ma bowiem radości bez miłości, o czym przypomina św. Jan w swojej ewangelii (por. J 15,10-12). Tak więc niedzielna Eucharystia nie tylko, że nie zwalnia wiernych z obowiązku okazywania miłosierdzia, ale przeciwnie, jeszcze bardziej przynagla ich do podejmowania wszelkich dzieł miłości, pobożności i apostolstwa, aby one jasno świadczyły, że jakkolwiek chrześcijanie nie są z tego świata, są jednak światłością świata i oddają chwałę Bogu wobec ludzi (por. KL 9)[9].

Może się zdarzyć, że w najbliższym sąsiedztwie, albo w kręgu znajomych są opuszczone dzieci, ludzie chorzy, starzy i samotni, którzy właśnie szczególnie w niedzielę boleśnie odczuwają swoją samotność, ubóstwo i cierpienie. Oczywiście, troska o nich nie może się wyrażać w sporadycznych działaniach, podejmowanych tylko w niedzielę. Ale czyż nawet wówczas, gdy jest to działalność bardziej systematyczna, nie można uczynić z niedzieli dnia szczególnie poświęconego solidarności, wykorzystując wszelkie twórcze energie chrześcijańskiego miłosierdzia? Zaprosić do wspólnego stołu osobę samotną, odwiedzić chorych, zdobyć żywność dla ubogiej rodziny, poświęcić kilka godzin jakiejś konkretnej formie wolontariatu i solidarności. Wszystko to z pewnością może się stać sposobem na realizację w życiu miłości Chrystusa, zaczerpniętej przy eucharystycznym stole[10].

Święty Janie Pawle II dziękujemy Ci za wezwanie do ponownego odkrycia sensu niedzieli. Jest to, o tyle ważne i naglące, że współczesne czasy nie ułatwiają świętowania Dnia Pańskiego.

Dziękujemy Ci, za podkreślenie rodzinnego aspektu niedzieli. Bowiem w tym dniu, bardziej niż w jakikolwiek inny, członkowie rodziny mogą przypominać sobie o podstawowych zobowiązaniach, jakie stawia wobec nich małżeńska i rodzinna miłość. Ponadto niedziela, to także dzień radości i czynnej miłości wobec bliźniego.


[1] JAN PAWEŁ II, List apostolski o świętowaniu niedzieli „Dies Domini” (31. 05. 1998), Poznań 1998, nr 13. (odtąd skrót: DD).

[2] Tamże15.

[3] Tamże16.

[4] Tamże17.

[5] Tamże 11.

[6] DD 36.

[7] Tamże 52.

[8] Tamże 67.

[9] Tamże 69.

[10] Tamże 72.


Katecheza dziewiąta:

LUDZKA PRACA

        W rozumieniu wielu z nas, praca to coś za co można otrzymać jakieś wynagrodzenie. Jest to po prostu pewnego rodzaju zajęcie, będące źródłem zarobku, a więc formą zabezpieczenia przyszłości sobie i swoim bliskim. Mimo postępu techniki praca jest też przez wielu pojmowana jako zła konieczność i ciężki los. Domaga się ona bowiem od człowieka wysiłku i trudu, a czasem też przyczynia się do jakiejś dolegliwości i często powoduje zmęczenie i znużenie. Zatem warto postawić sobie pytanie, czy takie patrzenie na ludzką pracę jest zgodne z Bożym zamysłem? Czy ma to coś wspólnego z realizacją przykazania miłości bliźniego? Na ten jakże często zapomniany aspekt ludzkiej pracy zwraca uwagę Jan Paweł II, zwłaszcza w encyklice zatytułowanej „Laborem exercens” (łac. Wykonując pracę).

        Według Jana Pawła II przez pracę należy rozumieć: „każdą działalność, jaką człowiek spełnia bez względu na jej charakter i okoliczności, to znaczy każdą działalność człowieka, którą za pracę uznać można i uznać należy z całego bogactwa czynności, do jakich jest zdolny i dysponowany przez samą swoją naturę, poprzez całe swoje człowieczeństwo”[1].

    Zdaniem papieża problematyki ludzkiej pracy nie można sprowadzać jedynie do techniki i ekonomii, ale należy ją wiązać przede wszystkim z człowiekiem. I tak naprawdę, to od człowieka zależy, czy praca będzie dla niego źródłem satysfakcji, czy też ciężarem trudnym do uniesienia. Dlatego w zakresie ludzkiej pracy podstawowym obszarem zagrożeń pozostaje wszystko to, co prowadzi do utraty jej osobowego charakteru. Przyczyny tych niebezpieczeństw mogą mieć strukturalny charak­ter, ale także mogą być związane z postawą pracodawców i pracobiorców lub też uwarunkowane utratą podstawowego sensu i celu pracy[2].

     Na te zagrożenia zwraca uwagę Ojciec Święty w encyklice Laborem exercens podkreślając, że w erze przemysłowej zaznaczyły się w wyraźnym stopniu kierunki materialistycznego i ekonomicznego myślenia, w myśl którego, ludzka praca jest traktowana jako pewnego rodzaju towar lub anonimowa siła niezbędna dla produkcji, podporządkowująca ludzką pracę kapitałowi. Charakterystycznym rysem przyśpieszonego rozwoju materialnej cywilizacji jest dawanie, w praktyce, pierwszeństwa przedmiotowemu wymiarowi pracy, przed jej podmiotowym wymiarem. W konsekwencji tego, czło­wiek jest traktowany przede wszystkim jako narzędzie produkcji, tzn. na równi z całym zespołem narzędzi pracy, którymi sam się posługuje[3].

    Pod wpływem stosowanych na coraz szerszą skalę form organizacji przemysłowej produkcji, praca stała się uproszczona, powtarzalna, jednostajna i często bezrefleksyjna. Wszystko to w konsekwencji prowadzi do ograniczania ludzkiej osobowości. W takiej sytuacji, człowiek jest niejako spychany do roli „dodatku do maszyny”. Takie warunki sprzeczne są z godnością i wolnością człowieka oraz przyczyniają się do jego degradacji, jako podmiotu pracy, tworząc, krótko mówiąc, nowoczesny rodzaj niewolnictwa[4].

     Zagrożenia związane często z niewłaściwą postawą nieuczciwych pracodawców objawiają się tym, że praca staje się obecnie narzędziem wyzysku i poniżenia godności człowieka, czego przykładem mogą być obozy pracy, czy choćby wyzysk ludzi zatrudnionych w supermarketach. Jan Paweł II zauważa, że „pracy można także na różny sposób używać przeciwko człowiekowi, że można go karać obozowym systemem pracy, że można z pracy czynić środek ucisku człowieka”[5].

     Nie należy też zapominać, że zagrożenia w zakresie ludzkiej pracy mogą także pochodzić ze strony samych pracowników. Niejednokrotnie słyszy się o złej atmosferze w miejscu pracy, jaką stwarzają sobie nawzajem sami pracujący, którzy zamiast darzyć się życzliwością i pomocą ranią siebie nawzajem. Zazdrość, podejrzliwość, obmowy, a nawet świadome szkodzenie sobie nawzajem, to chyba najczęściej spotykane przejawy tej niewłaściwej atmosfery w miejscu pracy. Takie warunki sprawiają, że dla niektórych praca staje się najgorszym miejscem i czasem, jaki przychodzi im przeżyć w ciągu każdego dnia. W świetle tych wszystkich zagrożeń i niesprawiedliwości związanych z pracą może zrodzić się wątpliwość, czy można w ogóle proponować pracownikom, aby w kontekście pracy szukali relacji z Bogiem i myśleli o realizacji przykazania miłości bliźniego.

    Dzisiaj często mówi się o „chorej pracy” i o konieczności jej uzdrowienia. Taką wielką próbą uzdrawiania ludzkiej pracy, a właściwie mówiąc - człowieka rozważanego w kontekście pracy, jest nauczanie Jana Pawła II, zawarte w encyklice Laborem exercens. Odnosi się wrażenie, że Ojciec Święty zwraca uwagę na fakt, iż nie wystarczy samo uzdrowienie pracy na drodze stworzenia sprawiedliwego ustroju społecznego (choć o taki trzeba ze wszystkich sił się starać), ale przede wszystkim chodzi o odnowę ludzkiego serca. Dlatego też, odstani rozdział encykliki, papież szczególnie poświęca duchowości pracy[6].

    W opinii Jana Pawła II, rozważania na temat pracy należy rozpocząć od samego człowieka, od ludzi pracy, a ściślej mówiąc od ludzkiego serca[7]. Każdy człowiek jest bowiem powołany przez Boga do miłości i dlatego praca, którą wykonuje na co dzień ma służyć miłowaniu bliźnich. Co więcej, człowiek jest nie tylko przedmiotem Bożej miłości, lecz także sam uczestniczy w naturze Boga-Miłości, skoro został stworzony na Jego obraz i podobieństwo, stąd wywodzi się więc także wizja wszelkiej ludzkiej działalności jako, że człowiek jest powołany do miłości, jest też „od początku powołany do pracy”[8]. Rozpocząć od serca człowieczego znaczy (więc) wyjść od zasady, że praca służy kochaniu - kochaniu Boga i człowieka. W tym zawierają się wszystkie „nowe znaczenia pracy ludzkiej”[9]. Zaś duchowość pracy oznacza przede wszystkim to, że chrześcijanin uświęca swoją pracę, a nie odwrotnie, że to niby praca uduchowia człowieka. Bardziej nawet niż o „duchowości pracy” należałoby mówić o „duchowości w pracy”.

        Jan Paweł II wyjaśnia, że skoro praca jest zawsze działaniem konkretnej osoby, to uczestniczy w niej cały człowiek, czyli zarówno ciało, jak i jego duch, bez względu na to, czy jest to fizyczna, czy umysłowa praca[10].

    Nie można zapominać, że praca, choć spełnia w życiu każdego z człowieka bardzo ważną rolę, to jednak nie posiada ona najwyższej rangi w chrześcijańskiej hierarchii wartości. Nie należy z pracy czynić najważniejszego zadania i ostatecznego celu swojego ziemskiego życia. Należy zawsze pamiętać, że to Bóg jest celem człowieka i do Niego ma być skierowane wszystko, co czyni, zaś praca jest tylko jednym ze środków do celu, tak więc, posiada ona służebny charakter. Wyższą cnotą niż pracowitość jest miłość, która stanowi centrum całego chrześcijańskiego życia. Miłość może i powinna ogarnąć także codzienną pracę i w niej się wyrażać, wykraczając jednak poza nią i ją przerastając swoją wielkością. Zatem praca ma służyć przede wszystkim miłości, i to zarówno miłości samego siebie, jak i miłowaniu bliźnich, a przede wszystkim miłości do Boga. Wydaje się, że ujecie ludzkiej pracy w tym aspekcie może posłużyć jako doskonały sposób na jej uzdrowienie, a więc nadanie jej oblicza zgodnego z duchem i zamysłem Bożego Objawienia.

     Jan Paweł II podkreśla, że obecnie bardziej niż kiedykolwiek widać, „jak praca jednego człowieka splata się w sposób naturalny z pracą innych. Dzisiaj [...] pracować znaczy pracować z innymi i pracować dla innych: znaczy robić coś dla kogoś”[11]. W procesie pracy tworzy się niewidzialna nić wzajemnych powiązań, zależności, odniesień i relacji.

        Środowisko pracy stało się obecnie podstawowym miejscem, w którym się spotykamy, spędzamy ze sobą czas z racji wykonywanej pracy i dlatego więź wówczas powstająca coraz wyraźniej sytuuje się na czele istniejących obecnie więzi społecznych. Zastępuje ona, w wielu uprzemysłowionych rejonach, słabnącą więź geograficznej, terytorialnej a nawet sąsiedzkiej wspólnoty. Techniczny rozwój i wielkie ekonomiczne przemiany, które często rozbijając dotychczasowe rodzaje społecznej integracji, podniosły znaczenie pracy, jako czynnika nowej integracji.

     Skoro tak, to czyż środowisko pracy nie powinno stać się miejscem realizacji miłości bliźniego? Czyż czas przewidziany na codzienną pracę nie powinien być czymś więcej, niż tylko wykonywaniem swojego zawodu? Czyż nie jest to także wezwanie do miłości tych, z którymi się pracuje, i dla których się pracuje? Iluż ludzi ma świadomość, iż tak powinno się, po chrześcijańsku, podchodzić do swojej pracy?

        Są takie zawody, w których ten bliźni, dla którego się pracuje, jest znany, znajduje się on w zasięgu naszego wzroku i głosu. Tak jest np. w przypadku lekarza, nauczyciela czy duszpasterza. Można powiedzieć, że wtedy łatwiej jest kochać bliźniego, bo go widzimy, wiemy, dla kogo pracujemy. Czy jednak zawsze tak jest? W znacznej części przypadków ludzi pracujących w różnych zakładach pracy, odbiorca, a więc bliźni godny miłości, pozostaje anonimowy. A sami dobrze wiemy, że niełatwo jest kochać tych, których się nie zna.

        Mówiąc o miłości do osób, dla których się pracuje, należy mieć na uwadze nie tylko bezpośrednich odbiorców wytworów własnej pracy, ale także i tych, którzy, być może, jeszcze w przyszłości będą korzystać z trwałych dóbr materialnych i kulturalnych, powstałych w wyniku pracy obecnego pokolenia. Odpowiedzialne gospodarowanie naturalnymi zasobami oraz wzgląd na problemy ekologiczne jest niezwykle ważnym obowiązkiem wobec przyszłych pokoleń.

      Zagadnienie miłości bliźniego, w ramach wykonywanej pracy, powinno być rozpatrywane w dwóch aspektach, a mianowicie: z punku widzenia pracownika i pracodawcy. Jeden i drugi pracuje z innymi i dla innych. Posiadają oni jednak odmienne powinności. Szczególnym zadaniem pracodawcy jest troska o godziwe warunki pracy swoich pracowników. Miłość bliźniego powinna mobilizować każdego pracodawcę do tego, aby miejsce pracy i proces produkcji były tak zorganizowane, by ryzyko naruszenia zdrowia i życia pracownika zostały zupełnie wyeliminowane, albo przynajmniej zminimalizowane. Do warunków pracy należy także odpowiedni psychospołeczny klimat, w którym się pracuje na co dzień. Składa się na to m.in. możliwość wpływu pracownika na istotne decyzje dotyczące jego zakładu pracy. Z kolei pracownika winna cechować postawa sumienności, przejawiająca się nie tylko w podjęciu pracy, lecz także w odpowiednim jej wykonywaniu, zgodnie z odpowiadającym jej celem[12]. Podstawowym punktem odniesienia takiej odpowiedzialności jest przede wszystkim własne, dobrze uformowane sumienie. Ocena swojej postawy wobec pracy, jej jakości oraz inspirujących ją motywów jest najwyższym sprawdzianem własnego człowieczeństwa oraz źródłem moralnej doskonałości człowieka. Z drugiej jednak strony należy mówić o odpowiedzialności za człowieka, jako podmiotu pracy. Zadanie to stoi przede wszystkim przed odpowiedzialnymi za struktury zapewniające pracę, a więc przed państwem, przedsiębiorstwem, czy pracodawcą[13].

        Jan Paweł II podkreśla, że chrześcijanie, obok personalistycznej i wspólnotowej perspektywy pracy, powinni odczytywać także jej religijny wymiar, który charakteryzuje się wyraźnym odniesieniem do Boga, ponieważ każdy człowiek został powołany do pracy przez samego Stwórcę[14]. Dlatego też chrześcijańskiemu pracownikowi nie wolno trakto­wać pracy tylko jako przykrej powinności, czy też konieczności do zdoby­cia środków utrzymania. Przede wszystkim powinien on dostrzec w niej formę realizacji swojego powołania oraz jej religijny i historyczny sens. Pracownik, mając świadomość włączenia się przez swój wysiłek, w ustalony przez Boga porządek, powinien odczuwać więź z obecnym i działającym w świecie Stwórcą. Wówczas jego praca staje się służbą samemu Bogu[15].

    Skoro Bóg powołał każdego z nas do pracy, to tylko współpracując z Nim będziemy w stanie zrealizować istotny sens ludzkiej pracy. Kiedy nadajemy swojej pracy religijny charakter, a więc wykonujemy ją w zjednoczeniu ze Stwórcą, wówczas powstają najwspanialsze dzieła. O ile współpraca z Bogiem-Stwórcą sprzyja tworzeniu wspaniałych owoców ludzkiej pracy, to z kolei grzech, czyli odejście człowieka od Boga, przyczynia się do degradacji ludzkiej pracy, a tym samym i jej owoców.

        Codzienne uwarunkowania ludzkiej pracy nie zawsze sprzyjają realizacji przez nią miłości do Boga i bliźniego. Wiadomo też, że praca sama z siebie nie stanowi uwielbienia Boga i nie przyczynia się do miłości bliźniego, jeśli sam człowiek nie nada jej takiego charakteru aktem swojej woli. Dlatego też bardzo ważna i niezbędna jest formacja do chrześcijańskiego pojmowania pracy, do tego, aby owa chrześcijańska duchowość pracy była powszechnym udziałem wszystkich[16].

        Bez wątpienia, człowiekowi będzie łatwiej włączać codzienną pracę w służbę miłości, jeśli będzie ją łączył z modlitwą, bowiem praca angażuje całego człowieka. Kiedy więc jego myśli i duch są złączone z Bogiem, to wówczas jego praca również będzie lepsza. Jednak modlitwa nie utożsamia się z pracą i nie można wyznawać zasady, że wystarczy się modlić pracą, ponieważ praca nie zastępuje modlitwy[17]. Modlitwa jedynie nadaje sens ludzkiej pracy, bowiem bez modlitwy praca prowadzi do dehumanizacji człowieka. Wykonywaną pracę będzie łatwiej włączyć w służbę miłości, gdy człowiek aktem swej woli nada jej adoracyjny charakter, uczyni z niej akt uwielbienia Pana Boga. Przekonanie, że ludzka praca jest formą uczczenia Boga, niejako „akordem pieśni” wykonywanej nieustannie przez Słowo Wcielone na cześć Ojca, jest głęboko zakorzeniona w tradycji ascetycznej.

        Każdy pracownik może uczynić ze swojej pracy akt uwielbienia Boga, wzbudzając na jej początku i w trakcie jej wykonywania krótkie akty strzeliste, które są uwielbieniem Stwórcy i wyznaniem wiary. Zdaniem Jana Pawła II modlitwa, która w każdą ludzką pracę wnosi odniesienie do Boga, Stwórcy i Odkupiciela, równocześnie przyczynia się do pełnego uczłowieczenia pracy[18].

   Człowiek wykonuje swoją pracę w konkretnym miejscu. Wierzący pracownik chce, aby to miejsce zostało pobłogosławione. To pragnienie pracującego przejawia pozdrowienie: Szczęść Boże, o którym niestety wielu z nas zapomniało. Zwrot ten kierowany jest do człowieka, który pracuje, a jednocześnie zawiera odniesienie jego pracy do Boga. Równocześnie pozwala uzmysłowić pracującemu, że to, co w tym momencie robi, powinno być aktem miłości. Wyrażone jest tu życzenie, aby Bóg dopomagał w wykonywanej pracy, udzielał swego błogosławieństwa, podsuwał dobre rozwiązania pojawiających się problemów oraz udzielał światła swego Ducha. Kościół, ustanawiając obrzędy błogosławieństwa miejsca i narzędzi pracy, wskazuje, że praca jest odnoszona do Boga. W tych liturgicznych czynnościach kryje się zaproszenie Boga do pracy człowieka. Błogosławieństwo warsztatu, biura, szkoły czy też narzędzi pracy urzeczywistnia podejmowanie jej pracy przez człowieka z pomocą i błogosławieństwem Boga. Miejsce pracy staje się zatem miejscem uświęcania się ludzi pracy. Przypomina o tym znak Chrystusowego krzyża zawieszany często w zakładach pracy. Tradycyjnie zawieszano krzyż wszędzie tam, gdzie żył i pracował człowiek. Krzyż przypomina ludziom pracy, by często z głęboką wiarą żegnali się, zwłaszcza, gdy wychodzą z domu, rozpoczynają pracę, podróż bądź przechodzą obok kościoła[19].    

        Święty Janie Pawle II, dziękujemy ci za to, że uczysz nas, iż ludzka praca to nie tylko zajęcie o charakterze czysto ekonomicznym i technicznym, ale, że ma być ona przejawem miłości do Boga Stwórcy i do bliźniego, którego spotykamy każdego dnia. Ty rozumiesz trud każdego człowieka, który zmaga się ze swoją codzienną pracą, by zapewnić utrzymanie sobie i swoim bliskim. Twoje nauczanie o wartości ludzkiej pracy poparte jest bowiem osobistym doświadczeniem robotnika w kamieniołomach zakładów chemicznych „Solvay” w Borku Fałęckim, a także niezmordowanym pełnieniem posługi papieskiej, aż do ostatnich chwil swojego życia.


[1] JAN PAWEL II, Encyklika o ludzkiej pracy „Laborem exercens” (14. 09. 1981) (skrót: LE) nr 1.

[2] Por Tamże 7.

[3] Por. Tamże.

[4] Por. Tamże 18.

[5] Tamże 9.

[6] Por. LE 24-27.

[7] Por. JAN PAWEŁ II, Encyklika Sollicitudo rei socialis” (30. 12. 1987), nr 29.

[8] LE 1 Wstęp.

[9] Tamże 2.

[10] Por. tamże 24.

[11] JAN PAWEŁ II, Encyklika „Centesimus annus” (01. 05. 1991), nr 31.

[12] Por. LE 9.

[13] Por. Tamże 17-18; J. GOCKO, Praca ludzka, [w:] Jan Paweł II. Encyklopedia nauczania moralnego, red. J. NAGÓRNY, K. JEŻYNA, Radom 2005, s. 415.

[14] Por. LE, Wstęp.

[15] J. PATER, Praca nad pracą, Łódź 2001, s. 64.

[16] LE 24.

[17] S. NOWAK, Więź z Bogiem przez pracę, [w:] Laborem exercens. Tekst i komentarz, red J. CHMIEL, S. RYŁKO, Kraków 1983, s. 147.

[18] Por. JAN PAWEŁ II, Przemówienie wygłoszone w Katowicach przed cudownym obrazem Najświętszej Maryi Panny Piekarskiej, [w:] Nauczanie papieskie VI,1 (1983), Poznań 1998, s. 781-782.  

[19] Por. tamże, s. 71.


Katecheza ósma:

ŚWIĘTOŚĆ i NIENARUSZALNOŚĆ LUDZKIEGO ŻYCIA

     Wśród doczesnych dóbr na pierwszym miejscu znajduje się życie człowieka. Bowiem prawo do życia jest fundamentalnym prawem i dopiero na nim opierają się, z niego wynikają wszystkie inne niezbywalne ludzkie prawa. Dlatego obrona ludzkiego życia należy do podstawowych obowiązków każdego człowieka. I ogólnie każdy zapytany przez nas powie, że jest za prawem do życia. Jednak z drugiej strony widzimy, jak bardzo nie szanuje się tego prawa do życia starszych osób, nieuleczalnie chorych i często odmawia się go dzieciom nienarodzonym. Warto przyjrzeć się nauczaniu Jana Pawła II, który tak wiele miejsca poświęca świętości i nienaruszalności ludzkiego życia.

   Podstawowym dokumentem, w którym papież broni ludzkiego życia, jest encyklika o wartości i nienaruszalności życia ludzkiego Evangelium vitae z 1995 roku. W opinii Ojca Świętego, w dzisiejszym świecie, mimo pozornej promocji życia i ogólnego postępu, który próbuje ułatwiać i dowartościowywać życie, mamy do czynienia z ekspansją kultury śmierci. Szerzy się ona w skutek oddziaływania silnych tendencji kulturowych, gospodarczych i politycznych, wyrażających określoną koncepcję społeczeństwa, w której to koncepcji najważniejszym kryterium jest sukces. Ojciec Święty w encyklice Evangelium vitae mówi wprost o „wojnie silnych przeciw bezsilnym”[1]. Przejawia się ona m.in. w tym, że życie, które domaga się większej życzliwości, miłości i ochrony jest uznawane za bezużyteczne lub traktowane jako „nieznośny” ciężar, a w konsekwencji odrzucone na różne sposoby. Człowiek nieuleczalnie chory lub niepełnosprawny często bywa postrzegany jako wróg, przed którym należy się bronić, albo którego należy eliminować. Ojciec Święty nazywa to „spiskiem przeciw życiu”[2]. Jego zdaniem, jeszcze bardziej niepokojące jest to, iż jawią się coraz silniejsze tendencje sankcjonowania, uprawomocnienia takich poglądów. Prawodawstwo wielu państw nie tylko nie karze praktyk wymierzonych przeciwko życiu, ale wręcz uznaje je za całkowicie legalne. Czyny, które kiedyś jednomyślnie uważane były za przestępcze i w powszechnym odczuciu moralnym niedopuszczalne, zyskują stopniowo społeczną aprobatę. Nawet medycyna, która z tytułu swojego powołania ma służyć ochronie życia ludzkiego i opiece nad nim, w niektórych dziedzinach staje się coraz częściej narzędziem wymierzonym przeciwko człowiekowi, a tym samym zniekształca swoje oblicze, zaprzecza samej sobie i uwłacza godności tych, którzy ją uprawiają[3].

   Choć samo zjawisko eliminacji wielu ludzkich istot poczętych lub bliskich kresu swojego życia jest niezwykle groźne i niepokojące, to również groźny i niepokojący, zdaniem papieża, jest fakt, że także ludzkie sumienie zostaje jak gdyby zaćmione przez oddziaływanie wielorakich uwarunkowań i z coraz  większym trudem dostrzega ono różnicę między tym, co dobre, a co jest złem w sprawach dotyczących fundamentalnej wartości ludzkiego życia[4].

   Jan Paweł II widzi dwie zasadnicze płaszczyzny, na których mamy do czynienia z wykroczeniem przeciwko życiu. Grzechem przeciwko życiu jest nie tylko przekroczenie przykazania nie zabijaj, ale także grzech zaniedbania, czyli nierespektowanie wezwania Bożego umacniaj życie. O ile to pierwsze przekroczenie jest ogólnie piętnowane, uznawane za zło i zwalczane, to grzech zaniedbania bywa często pomijany i nieuświadamiany. Niektórzy uważają, że skoro nie zabijają życia poczętego, nie uczestniczą bezpośrednio lub pośrednio w tym procederze, to nie mają sobie nic do wyrzucenia w dziedzinie ochrony życia ludzkiego. Tymczasem, w opinii Ojca Świętego, niestawanie w obronie życia, brak zaangażowania w służbę życiu jest poważnym zaniedbaniem. A grzech ten - jak się wydaje - dotyczy wielu ludzi. Treść piątego przykazania papież ujmuje zatem w dwóch aspektach: negatywnym, jako zakaz nie zabijaj, i pozytywnym jako nakaz umacniaj życie.

   Jan Paweł II, w encyklice Evangelium vitae pisze, że „Boże przykazania wskazują nam drogę życia. Negatywne nakazy moralne, tzn. te, które uznają wybór określonego czynu za moralnie niedopuszczalny, mają dla ludzkiej wolności wartość absolutną. Obowiązują zawsze i we wszystkich okolicznościach, bez żadnych wyjątków”[5]. Negatywne nakazy moralne spełniają, zdaniem papieża, niezwykle ważną funkcję pozytywną. Zawarte w nich bezwarunkowe nie określa nieprzekraczalną granicę, poniżej której człowiek wolny nie może schodzić, a zarazem wskazuje pewne minimum, które musi zachowywać, i od którego musi rozpocząć wypowiadanie niezliczonych tak. Przykazanie nie zabijaj stanowi więc początek drogi do prawdziwej wolności, która prowadzi do wielu pozytywnych działań na rzecz obrony życia i kształtowania określonych postaw i zachowań jemu służących[6].

    Tak więc dla chrześcijanina przykazanie nie zabijaj zawiera najwyższy nakaz szanowania, kochania i wspierania życia każdego człowieka, stosownie do wymogów i wymiarów miłości, jaką Bóg okazał w Jezusie Chrystusie (por. 1 J 3, 16 ). Przykazanie nie zabijaj, także w swojej treści najbardziej pozytywnej, jako nakaz szanowania, kochania i umacniania życia, jest wiążące dla wszystkich ludzi[7].

    Jan Paweł II zwraca uwagę nie tylko na grzechy zaniedbania, ale także na konkretne grzechy przeciwko życiu. Mówi o wielu zagrożeniach życia ludzkiego we współczesnym świecie. Oprócz przypominania o tych, które od dawna trapią ludzkość, ze szczególnym naciskiem pragnie zwrócić uwagę i uwrażliwić ludzkie sumienie pobudzając je do nawrócenia, na zagrożenia, jakie powstają i nasilają się wraz z nowymi odkryciami, postępem nauki i techniki. Wskazuje zatem nie tylko na sytuacje, w których życie jest bezpośrednio zagrożone, ale także - i to może przede wszystkim - na te, w których jest ono niejako ukryte i gdzie pod chwytliwymi pozorami atakuje się samą koncepcję życia.

    Ludzkie życie, jak naucza Jan Paweł II, jest zagrożone we wszystkich fazach swego rozwoju. Współczesna technika pozwala ingerować już w sam początek ludzkiego życia (sztuczna prokreacja, manipulacje genetyczne). Zagrożone jest życie już poczęte, choć jeszcze nie narodzone (przerywanie ciąży, antykoncepcja, badania prenatalne). „Spisek przeciwko życiu” wymierzony bywa, zarówno przeciwko człowiekowi będącemu w pełni sił (dzieciobójstwo, przemoc, głód, handel bronią, handel narkotykami), jak i temu, który dobiega kresu swoich dni lub jest obarczony nieuleczalną chorobą (eutanazja)[8].

     Skoro przekroczenie zakazu nie zabijaj, jak i zaniedbanie nakazu umacniaj życie jest grzechem, to każdy chrześcijanin, zdaniem Jana Pawła II, jest wezwany w tej dziedzinie do nawrócenia. Nawrócenie jako dogłębna i radykalna przemiana angażująca całego człowieka, ma objąć zarówno sposób jego myślenia, jak i sposób postępowania. Nawrócenie polega nie tylko na zerwaniu z grzechem i na pokucie, lecz także, i przede wszystkim, na zdecydowanym zwrocie ku Bogu, czyli na przyjęciu orientacji Chrystusowej za swoją własną. Nadaje ona nową treść i nowy sens całemu życiu[9]. Zerwanie z grzechem, to dopiero pierwszy etap nawrócenia, za nim musi iść zwrócenie się ku dobru, czyli zaangażowanie się w obronę ludzkiego życia. Przejawem owego zaangażowania, według papieża, będzie zlikwidowanie dysharmonii między wiarą a życiem; słuchanie bardziej Boga niż ludzi; opowiadanie się za kulturą życia a nie śmierci; rozwój życia nadprzyrodzonego, który jest gwarantem troski o życie naturalne. Aby ta troska o życie była skuteczna powinna być rozciągnięta na całokształt życia ludzkiego, na wszystkie jego etapy.

    Pierwszym przejawem zaangażowania w obronę życia jest zlikwidowanie rozbieżności pomiędzy wiarą a życiem. Zbyt często ludzie wierzący, nawet ci, którzy uczestniczą czynnie w życiu Kościoła, ulegają tendencji do odrywania wiary chrześcijańskiej od jej etycznych wymogów dotyczących życia, co w rezultacie prowadzi do subiektywizmu moralnego i do pewnych niedopuszczalnych zachowań[10]. Ojciec Święty przypomina słowa z listu św. Jakuba, który pisze: „Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy sama wiara zdoła go zbawić ? (...) Wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami martwa jest sama w sobie” (Jk 2, 14. 17 ).

    Z wiary człowieka winna wyrastać posługa miłości wobec życia, będąca jego promocją i obroną. A więc, jeśli ktoś jest katolikiem, to jest zobowiązany do konkretnego działania. Nie może np. wychodząc z niedzielnej mszy św. iść głosować na tych, którzy opowiadają się za zabijaniem nienarodzonych dzieci, eutanazją czy związkami partnerskimi. Albowiem być uczniem Chrystusa, to żyć zgodnie z wyznawaną wiarą na co dzień.          Oznaką zaangażowania na rzecz życia jest także to, że człowiek bardziej słucha Boga niż ludzi, stawia prawo moralne przed prawem cywilnym. Bp. J. Zawitkowski, w jednej ze swoich homilii powiedział bardzo znamienne słowa: „Boga trzeba słuchać, a nie ludzi, wtedy zbyteczna będzie ustawa o aborcji, o eutanazji. Wystarczy Nie zabijaj! Nikogo i nigdy. Reszta jest od diabła. […] Wierzącym nie trzeba ustawy, wystarczy sumienie”[11].

  Tymczasem we współczesnej, demokratycznej kulturze szeroko rozpowszechnił się pogląd, według którego prawny porządek społeczeństwa powinien ograniczać się do utrwalania i przyswajania sobie przekonań większości i w konsekwencji winien być zbudowany wyłącznie na tym, co większość obywateli stosuje i uznaje za moralne. Ustanawiając normy prawne niezbędne dla współżycia społecznego, należy kierować się wyłącznie wolą większości, jakakolwiek by ona była[12].

    Ojciec Święty przypomina, że od samych początków Kościoła przepowiadanie apostolskie pouczało chrześcijan o obowiązku posłuszeństwa władzom publicznym prawomocnie ustanowionym (por. Rz 13, 1-7; 1P 2, 13-14), ale zarazem przestrzegało stanowczo, że „trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5, 29). Już w Starym Testamencie znajdujemy wymowny przykład oporu wobec niesprawiedliwego rozporządzenia władz - i właśnie takiego, które było wymierzone przeciw życiu. Żydowskie położne sprzeciwiły się faraonowi, który nakazał zabijać wszystkie nowo narodzone dzieci płci męskiej, one zaś „nie wykonały rozkazu króla egipskiego, pozostawiając przy życiu (nowo narodzonych) chłopców” (Wj 1, 17). Trzeba jednak zwrócić uwagę na głęboki motyw takiej postawy: „położne bały się Boga” (Wj 1, 17). Właśnie z posłuszeństwa Bogu człowiek czerpie moc i odwagę, aby przeciwstawiać się niesprawiedliwym ludzkim prawom. Jan Paweł II zwraca uwagę, że w przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować, „ani,  uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu”[13].

     Kolejnym wyrazem troski o życie jest opowiedzenie się za kulturą życia. Do zajęcia takiej postawy zachęca św. Paweł w słowach: „Postępujcie jak dzieci światłości” (Ef 5, 8). Zdaniem papieża, we współczesnym kontekście społecznym, naznaczonym przez dramatyczną walkę między kulturą życia a kulturą śmierci, potrzebna jest powszechna mobilizacja sumień i wspólny wysiłek etyczny, aby wprowadzić w czyn wielką strategię obrony życia. Należy niewątpliwie rozpocząć od odnowy kultury życia wewnątrz samych wspólnot chrześcijańskich[14]. Pierwszym i podstawowym krokiem w kierunku odnowy tej kultury jest kształtowanie i uwrażliwienie każdego sumienia na niewymierną i nienaruszalną wartość każdego ludzkiego życia. Postulowana odnowa kultury wymaga od wszystkich odważnego przyjęcia nowego stylu życia, którego wyrazem jest opieranie konkretnych decyzji - na płaszczyźnie osobistej, rodzinnej, społecznej i międzynarodowej - na właściwej skali wartości: „na prymacie być nad mieć” (KDK 35) i osoby nad rzeczą[15]. Zatem nie wystarczy tylko przeciwstawiać się złu; nie tylko być przeciw aborcji, ale trzeba kształtować w sobie i u innych wrażliwość na wartość ludzkiego życia, wspierając np. rodziny wielodzietne, wyrażając uznanie i szacunek dla matek, które są w stanie błogosławionym itp.

     Każdy angażujący się w obronę życia ludzkiego winien uświadomić sobie, że nie da się zagwarantować autentycznej troski o życie, jeśli zlekceważy się życie nadprzyrodzone. Tylko na płaszczyźnie naturalnej, bez odwołania się do Boga człowiek nie jest w stanie skutecznie bronić życia. Innymi słowy, nie da się bronić naturalnego życia, gdy człowiek zamknie się na życie nadprzyrodzone. Doświadczenie pokazuje, że życia na ogół bronią ludzie religijni, choć są oczywiście wyjątki. Zdaniem Jana Pawła II, dzieje się tak dlatego, ponieważ „głoszenie Jezusa jest głoszeniem życia”. On bowiem jest Słowem życia (por. 1J 1, 1). W Nim życie „objawiło się” (1J 1, 2), więcej - On sam jest „życiem wiecznym, które było w Ojcu, a nam zostało objawione” (por. 1J 1, 2). To samo życie, dzięki darowi Ducha zostało udzielone człowiekowi. Skierowane ku pełni życia, czyli ku „życiu wiecznemu”, także życie ziemskie każdego człowieka zyskuje swój pełny sens[16].

     I jeszcze jedna sprawa, aby obrona życia była skuteczna, potrzebne jest integralne patrzenie na życie ludzkie. Po prostu trzeba być obrońcą każdego etapu życia, być otwartym na różne jego aspekty, począwszy od obrony życia ludzi niewinnych, a skończywszy na obronie życia winnych, czyli przestępców, co wyraża się w opowiadaniu się za zniesieniem kary śmierci. Spotyka się czasem ludzi, którzy w sposób fanatyczny bronią życia nienarodzonych, ale pomijają zupełnie problem troski o ludzi starych, chorych, czy uzależnionych. Podobnie, jak nie da się zlikwidować alkoholizmu przez samą tylko abstynencję, jeśli nie podejmie się trudu wychowania człowieka, podobnie nie będzie prawdziwej ochrony życia, jeśli nie będziemy go bronić na każdym etapie jego rozwoju.

     Jan Paweł II wymienia zasadniczo dwie krańcowe sytuacje: początek życia i jego kres. Nie znaczy to jednak, że pomija inne. Pisze bowiem w encyklice, że „posługa miłości wobec życia winna obejmować wszystko i wszystkich: nie można tolerować jednostronności ani dyskryminacji, ponieważ życie ludzkie jest święte i nienaruszalne w każdej swojej fazie i kondycji; jest ono dobrem niepodzielnym. Trzeba zatem zatroszczyć się o całe życie i o życie wszystkich. (...) Należy w sposób dyskretny i skuteczny towarzyszyć rodzącemu się życiu, otaczając szczególną opieką te matki, które nie boją się wydać na świat dziecka i wychować je nawet bez udziału ojca. Podobną troskę należy okazać życiu ludzi cierpiących i osamotnionych, zwłaszcza w jego końcowych fazach”[17].

    Zdaniem Ojca Świętego, zaangażowanie na rzecz obrony życia ludzkiego stwarza konieczność podjęcia cierpliwej i odważnej pracy wychowawczej. Należy wychowywać, już od najmłodszych lat, do życia tzn. wpajać szacunek dla wartości życia, i to „poczynając od samych jego korzeni”. Złudne jest przekonanie, że można budować prawdziwą kulturę ludzkiego życia, nie pomagając młodym w pojmowaniu i przeżywaniu płciowości, miłości i życia zgodnie z ich prawdziwym znaczeniem i w ścisłej ich współzależności. Płciowość jest bogactwem całego człowieka, „ujawniającym swe głębokie znaczenie w doprowadzeniu osoby do złożenia daru z siebie w miłości”[18]. Banalizacja płciowości jest, w opinii papieża, jednym z głównych czynników, które stoją u początków pogardy dla rodzącego się życia: tylko prawdziwa miłość umie strzec życia. Nie można zatem uchylać się od obowiązku zapewnienia - przede wszystkim młodej i starszej młodzieży - autentycznego „wychowania do płciowości i miłości”, formacji zawierającej „wychowanie do czystości” jako cnoty, która sprzyja osiągnięciu osobowej dojrzałości i uzdalnia do poszanowania „oblubieńczego ciała”[19].

  Dzieło wychowania do życia obejmuje także formację małżonków do odpowiedzialnego rodzicielstwa, aby potrafili oni wielkodusznie przyjąć każde nowe życie i zachować postawę służby życiu nawet wtedy, gdy z poważnych przyczyn i zgodnie z prawem moralnym postanawiają unikać tymczasowo lub na czas nieokreślony nowych narodzin[20].

    W pracy wychowawczej nie można, zdaniem Jana Pawła II, pomijać refleksji nad cierpieniem i śmiercią. W rzeczywistości bowiem każdy człowiek ich doświadcza i daremne jest, a ponadto błędne, przemilczać je czy też usuwać z pola uwagi. Należy raczej dopomóc każdemu w dostrzeżeniu ich głębokiej tajemnicy, ukrytej w tej konkretnej i trudnej rzeczywistości. Także ból i cierpienie mają sens i wartość, gdy się je przeżywa w ścisłej więzi z miłością, którą się otrzymuje i ofiaruje[21].

   W tym wychowaniu do życia -  oprócz rodziny - szczególnie doniosłe zadanie spełniają nauczyciele i wychowawcy. W dużej mierze od nich zależy, czy młodzi, wychowani do prawdziwej wolności, będą umieli zachować w sobie i szerzyć wokół siebie autentyczne ideały życia oraz kształtować w sobie postawę szacunku i służby wobec każdej osoby w rodzinie i społeczeństwie. Także intelektualiści mogą wiele uczynić dla budowy nowej kultury ludzkiego życia. Szczególne zadanie mają tu do spełnienia katoliccy intelektualiści. Wielka i poważna odpowiedzialność spoczywa również na pracownikach środków przekazu. Mają oni troszczyć się o to, aby treści przekazywane w sposób skuteczny służyły kulturze życia. Winni zatem ukazywać wzniosłe i szlachetne przykłady i poświęcać uwagę pozytywnym, a czasem wręcz heroicznym świadectwom ludzkiej miłości; z wielkim szacunkiem mówić o wartościach płciowości i miłości, nie akcentując tego, co oszpeca i poniża ludzką godność[22].

   Jan Paweł II wskazuje również na liczne metody pracy, które należy stosować, i z których należy korzystać, aby w kompetentny sposób i z głębokim zaangażowaniem troszczyć się o ludzkie życie na każdym etapie jego rozwoju. Rodzącemu się życiu służą ośrodki upowszechniania naturalnych metod regulacji płodności, placówki poradnictwa małżeńskiego i rodzinnego oraz ośrodki pomocy życiu i domy czy ośrodki opieki nad życiem.

     W obliczu różnych życiowych trudności, patologii, chorób i odtrącenia przez społeczeństwo, podkreśleniu wartości dojrzałego życia służą wspólnoty terapeutyczne dla narkomanów, ośrodki opieki nad nieletnimi lub chorymi umysłowo, ośrodki leczenia i opieki dla chorych na AIDS, stowarzyszenia pomocy przede wszystkim niepełnosprawnym. Zaś życiu w starości i cierpieniu (poza rodziną) z pomocą przychodzą struktury opieki społecznej, szpitale, kliniki, hospicja oraz ośrodki rekonwalescencji[23].

       Święty Janie Pawle II, dziękujemy ci za to, że w kontekście propagowanej współcześnie kultury śmierci wzywasz nas do nowego spojrzenia na ludzkie życie. Wskazujesz na podstawowe naruszenia Bożego prawa w odniesieniu do życia. Pouczasz nas, że prawo do życia może być naruszane nie tylko jako przekroczenie zakazu nie zabijaj, ale także jako zaniedbanie nakazu umacniaj życie. I na tych dwóch płaszczyznach musi dokonać się radykalne nawrócenie, którego owocem powinno być zaangażowanie w obronę ludzkiego życia. Dziękujemy Ci szczególnie za to, że swoim życiem dałeś nam przykład, jak godnie przeżyć starość i mimo niedołężności dziękować Bogu za dar życia.


[1] JAN PAWEŁ II, Encyklika o wartości i nienaruszalności życia ludzkiego „Evangelium vitae” (25.03.1995), Częstochowa 1995, nr 12 (skrót: EV).

[2]  EV, nr 2.

[3] Por. Tamże, nr 4; 11; 58.

[4]  Por. Tamże, nr 4.

[5] Tamże, nr 75.

[6] Por. Tamże, nr 76.

[7] Tamże, nr 77.

[8] J. ORZESZYNA, Aktualne zagrożenia życia ludzkiego w  świetle encykliki papieża Jana Pawła II „Evangelium vitae”, „Sosnowieckie Studia Teologiczne” 2(1995), s. 123 - 130.

[9] J. PRYSZMONT, Nawrócenie, [w:] Katolicyzm A - Z, (red. Z. PAWLAK), Poznań 1982, s. 288.

[10] Por. EV, nr 95.

[11] Gietrzwałd: Dzień Pokuty dla wolności, [w:] (Internet, 7.06.2020), https://www.niedziela.pl/artykul/36459/ Gietrzwald-Dzien-Pokuty-dla-wolnosci

[12] Por. EV, nr 69.

[13] Tamże, nr 73; por. KONGREGACJA NAUKI WIARY, Deklaracja o przerywaniu ciąży „Questio de abortu procurato” (18. 11. 1974), Wrocław 1993, nr 22.    

[14]  EV nr 95; por. JAN PAWEŁ II, Tak dla życia, L'Osservatore Romano (wyd. pol.) 16(1995) nr 6(174), s. 46; J. NAGÓRNY, „Ewangelia życia” wobec „kultury śmierci”, [w:] Życie - dar nienaruszalny. Wokół encykliki Evangelium vitae”, (red. A. MŁOTEK, T. REROŃ), Wrocław 1995,s. 179 - 184.

[15]  EV, nr 98.

[16] Tamże, nr 80.

[17] Tamże, nr 87; por. JAN PAWEŁ II, W służbie życiu ludzkiemu, L'Osservatore Romano (wyd. pol.) 17 (1996) nr 1(179), s. 37 - 38.

[18] JAN PAWEŁ II, Adhortacja  apostolska o zadaniach rodziny chrześcijańskiej w świecie współczesnym „Familiaris consortio” (22. 11. 1981), Częstochowa 1982, nr 37.

[19] EV, nr 97.

[20] Tamże.

[21] Tamże.

[22] Tamże, nr 98.

[23]  Tamże, nr 88.


Katecheza siódma:

RODZINA CHRZEŚCIJAŃSKA

Wszyscy szukamy szczęścia. Wielu z nas, mówiąc o szczęściu, wraca myślami do lat dzieciństwa i najczęściej kojarzy je z rodziną, gdzie czuł się kochany i bezpieczny. Bowiem rodzina, to naturalne środowisko człowieka, w którym się rodzimy, rozwijamy i doznajemy miłości. W niej poznajemy świat, otrzymujemy wsparcie w trudnych sytuacjach, uczymy się szukać sensu życia. Dla każdego dziecka rodzina jest najlepszym „miejscem”, które może zapewnić mu prawidłowy rozwój, właściwe wychowanie i poczucie, że jest kochany i ważny. Rodzina zatem, to fundament, nadrzędna wartość i najwłaściwsze miejsce wzrastania i kształtowania każdego człowieka.

Trudno zrozumieć, dlaczego rodzina, która pełni tak istotną i jedyną w swoim rodzaju funkcję w rozwoju i wychowaniu człowieka współcześnie jest tak bardzo narażona na nieustanne ataki ze strony pewnych struktur cywilizacyjnych. Zdaniem Jana Pawła II, ataki te są tym bardziej niebezpieczne i podstępne, że podważają samą koncepcję rodziny jako wspólnoty, której podstawę stanowi związek małżeński mężczyzny i kobiety[1].

Papież wymienia pewne zjawiska, które w ewidentny sposób zagrażają współczesnej rodzinie, a tym samym podważają ład spo­łeczny. Należą do nich m.in. próby traktowania rodzi­ny, jako prywatnego związku uczuciowego, który pozbawiony jest społecznego znaczenia, stawianie na tej samej płaszczyźnie praw jednostki i praw rodzinnej wspól­noty zbudowanej na więzi małżeńskiej, zrównanie w prawach różnych form współżycia ze związkiem małżeńskim, dopuszczanie, a czasem wręcz zachęcanie do zabójstwa poczętego dziecka, eliminowanie ze swojego środowiska osób starszych, często schorowanych zgadzając się na eutanazję oraz wypaczanie natural­nych procesów prokreacji przez stosowanie metod sztucznej prokreacji[2].

Ataki na małżeństwo i rodzinę stale przybierają na sile i stają się coraz groźniejsze, zarówno na płaszczyźnie ideologicznej, jak i w sferze prawodawstwa. Jedną z takich niebezpiecznych form ataku na rodzinę jest próba zastąpienia małżeństwa czymś, czego nie można nazwać małżeństwem. Mówi się dzisiaj bezkrytycznie o „nowych modelach rodziny”, o rodzinach zamiast o rodzinie, dąży się też do sformułowania nowej definicji małżeństwa. Oddalając się od pierwotnego pojęcia małżeństwa, rozumianego jako związek-komunia dwóch osób różnych płci, które oddają się sobie nawzajem bez zastrzeżeń i ograniczeń w czasie i w sposób wyłączny, wprowadza się coraz więcej określeń dwuznacznych, próbując zdefiniować te „nowe modele rodziny”. Mówi się więc o „rodzinach niepełnych”, „rodzinach wtórnych”, o „wolnych związkach” i „małżeństwach na próbę”, czy wręcz o „rodzinach homoseksualnych”. Jednak trzeba stwierdzić, że te „nowe modele” są tylko ułudą[3].

Zbyt częste posługiwanie się terminami „rodzina niepełna”, „rodzina wtórna”, „wolny związek”, czy „małżeństwo na próbę” oraz dążenie do określania mianem rodziny również par homoseksualnych sprawia, że pojęcie rodziny traci swoje znaczenie. Coraz rzadziej bywa ona określana po prostu jako „związek dwojga osób” bez dodatkowych określeń. W świetle wprowadzania nowych terminów, na określenie tzw. nowych modeli rodziny koniecznością staje się doprecyzowanie, jakich „dwojga osób” i w jakich stosunkach pozostających. A to czyni zamęt i wzbudza wątpliwości. Konsekwencje tego umyślnego mieszania pojęć są bardzo poważne, zwłaszcza dla dzieci, które, o czym dorośli zapominają, są pierwszymi ofiarami doświadczającymi, niekiedy w sposób bardzo bolesny, konsekwencji tych „nowych modeli”, które tak naprawdę ani nie są nowe, ani nie są modelami[4].

Zrównanie rodziny i związków nieformalnych (tzw. nowych modeli rodziny) pod względem prawnym prowadzi nieuchronnie do podważenia zaufania do rodziny, bowiem nie może się ona realizować w nietrwałej relacji między osobami. Cechą zaś wolnych związków jest ich tymczasowość i brak nieodwołalnego zobowiązania, które jest źródłem praw i obowiązków, a które respektuje godność mężczyzny i kobie­ty. Próbuje się nadać wartość prawną decyzji, która daleka jest od wszelkie­go ostatecznego zobowiązania. Próby narzuce­nia omawianych rozwiązań podważają najgłębszy sens instytucji rodziny i są nie do pogodzenia z etyczną strukturą małżeństwa i powołaniem do rodzicielstwa, a zwłaszcza z wizją ludzkiego ojcostwa[5].

W tym miejscu koniecznie trzeba zaznaczyć, że krzywdzące dla rodziny jest to, iż w akcjach wymierzonych przeciwko przemocy, rodzina nierzadko jest przedstawiana jako siedlisko patologii i źródło cierpień, zwłaszcza kobiet i dzieci. Często i chętnie podsyca się wrogie nastawienie wobec tradycyjnej rodziny. Ukuto nawet termin „przemoc w rodzinie”, chociaż statystyki policyjne pokazują, że takie sytuacje zdarzają się w dużej mierze w wielu zdegenerowanych konkubinatach. Równocześnie, ze strony państwa jest zbyt mało działań propagujących zdrową rodzinę.

            Kolejne zagrożenie dla małżeństwa i rodziny, płynie ze strony ideologii gender, która najogólniej mówiąc stara się obalić stereotypy związane z  męskością i kobiecością starając się udowodnić, że zarówno tożsamość płciowa kobiety i mężczyzny, jak i w konsekwencji orientacja heteroseksualna są zależne od uwarunkowań społecznych, a nie naturalnych. Różnice między kobietami i mężczyznami nie są czymś trwałym i zdeterminowanym biologicznie, ale wynikają one z kontekstu kulturowego. Oznacza to, że człowiek sam decyduje, czy chce żyć jako mężczyzna, czy jako kobieta, czy chce żyć heteroseksualnie czy być gejem, lesbijką, biseksualnym, albo transseksualnym. Również miłość macierzyńska to zmienna i kulturowa naleciałość, a nie wpisana w naturę kobiety cecha. Zgodnie z teorią genderu można zlikwidować zróżnicowanie ról i praw między mężczyznami i kobietami, skoro rola przypisana mężczyźnie może być równie dobrze wypełniona przez kobietę i odwrotnie. W konsekwencji prowadzi to do podważenia roli rodziny, a nawet jej likwidacji. W teorii tej heteroseksualizm, który znajduje swój naturalny wyraz w rodzinach, pozbawiony został swej należytej pozycji, jaką cieszył się w tradycyjnej kulturze, dzisiaj uznanej ostatecznie za przestarzałą. Ideologia gender stanowi zatem ostatni etap w procesie dekonstrukcji fundamentów rodziny.

            Jan Paweł II jest przekonany, że istotnym sposobem przezwyciężania kryzysu rodziny jest przyjęcie Bożego zamysłu wobec małżeństwa i rodziny. Często myślimy, że głoszona przez Kościół prawda o małżeństwie i rodzinie jest tylko pobożnym życzeniem i nie ma istotnego związku z życiem małżonków. Niektórym wydaje się, że we współczesnym świecie należałoby zmienić stanowisko Kościoła wobec nierozerwalności małżeństwa, czy antykoncepcji. Jeśli ktoś tak myśli, to nie zna on z pewnością i nie rozumie Bożego zamysłu wobec małżeństwa i rodziny, o którym tak wyraźnie mówi Jan Paweł II w adhortacji poświęconej roli rodziny chrześcijańskiej we współczesnym świecie Familiaris consortio[6].

            Należy przyznać, że małżeństwo i rodzina nie jest tylko czysto ludzką wspólnotą, ale ma ona głębszy sens. Bóg, który jest Miłością (por. 1 J 4, 8), stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo (por. Rdz 1, 26). Powołując go do istnienia z miłości, powołał go jednocześnie do miłości. Dlatego małżeństwo i rodzina ma być znakiem miłości Boga do ludzi. Stwórca pragnie, aby małżonkowie i dzieci doświadczali w rodzinie tego, że Bóg ich naprawdę kocha. Można powiedzieć, że Bóg pragnie, aby rodzina była „skrawkiem nieba” na ziemi. Toteż nie może być zgody na rozpad małżeństwa, na rozwód, bo on niszczy wspólnotę miłości, jaką jest małżeństwo i rodzina. A miłość Boża jest przecież wieczna i Bóg pragnie, by Jego miłość, jaką On sam miłuje małżonków i ich dzieci, też nie miała końca. Można powiedzieć, że Bożą wolą jest, by małżeństwo i rodzina były widzialnym znakiem, miłości Boga do ludzi i aby każdy mógł właśnie tam doświadczyć, że Bóg jest miłością.

            Jan Paweł II w adhortacji Familiaris consortio przypomina, że człowiek jako duch ucieleśniony, czyli dusza, która się wyraża poprzez ciało i ciało formowane przez nieśmiertelnego ducha, powołany jest do miłości w tej właśnie swojej zjednoczonej całości. Miłość obejmuje również ludzkie ciało, które uczestniczy w duchowej miłości. Oznacza to, że płciowość, poprzez którą mężczyzna i kobieta oddają się sobie wzajemnie we właściwych i wyłącznych aktach małżeńskich, nie jest bynajmniej zjawiskiem czysto biologicznym, lecz dotyczy samej wewnętrznej istoty osoby ludzkiej. Urzeczywistnia się ona w sposób prawdziwie ludzki tylko wtedy, gdy stanowi integralną część miłości, którą mężczyzna i kobieta wiążą się ze sobą aż do śmierci. Całkowity dar z ciała byłby zakłamaniem, jeśliby nie był znakiem i owocem pełnego osobowego oddania, w którym jest obecna cała osoba, również w swym wymiarze doczesnym. Jeżeli człowiek zastrzega coś dla siebie lub rezerwuje sobie możliwość zmiany decyzji w przyszłości, już przez to samo nie oddaje się całkowicie[7]. Zatem tzw. wolne związki, małżeństwo na próbę, czy poszukiwanie własnego szczęścia w małżeństwie nie mają nic wspólnego z miłością.

            Jedynym zaś „miejscem” umożliwiającym takie oddanie w całej swej prawdzie jest małżeństwo, czyli przymierze miłości małżeńskiej lub świadomy i wolny wybór, poprzez który mężczyzna i kobieta przyjmują wewnętrzną wspólnotę życia i miłości, zamierzoną przez samego Boga (por. KDK 48), która jedynie w tym świetle objawia swoje prawdziwe znaczenie. Instytucja małżeństwa nie jest wynikiem jakiejś niesłusznej ingerencji społeczeństwa, czy władzy, ani zewnętrznym narzuceniem jakiejś formy, ale stanowi wewnętrzny wymóg przymierza miłości małżeńskiej, które potwierdza się publicznie jako jedyne i wyłączne, dla dochowania w ten sposób pełnej wierności wobec zamysłu Boga Stwórcy[8].

           

Święty Janie Pawle II, dziękujemy Ci za twoje nauczanie na temat małżeństwa i rodziny. Ty pouczasz nas, że lekarstwem na błędne koncepcje antropologiczne, zagrażające małżeństwu i rodzinie, jest powrót do Pisma Świętego, czyli do źródeł prawdy o człowieku. Janie Pawle II - Patronie Rodzin, Ty wiesz, że przezwyciężenie współczesnego kryzysu małżeństwa i rodziny może dokonać się jedynie przez powrót do prawdziwej mądrości, przez dogłębne nawrócenie i podążanie za Bożym zamysłem wobec małżeństwa i rodziny.



[1] Por. JAN PAWEŁ II, W trosce o godność rodzin, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 21 (2000) nr 3 (221), s. 43.

[2] JAN PAWEŁ II, W obronie rodziny. Przemówienie do uczestników zgromadzenia plenarnego Papieskiej Rady ds. Rodziny,  „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 20 (1999) nr 11(217), s. 10.

[3] Por. EUROPEJSKA KOMISJA EPISKOPATÓW ds. RODZINY I ŻYCIA, Wyzwania stojące przed rodziną na początku trzeciego tysiąclecia. Dokument końcowy IV spotkania przewodniczących europejskich komisji episkopatów ds. rodziny i życia, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 24(2003) nr 11-12 (258), s. 40.

[4] Por. tamże, s. 41.

[5] Por. JAN PAWEŁ II, W obronie rodziny,  przem. cyt., s. 10.

[6] Por. FC 11.

[7] FC 11.

[8] Tamże.


Katecheza szósta:

SAKRAMENT POKUTY

     Spowiedź..., trzeba iść do spowiedzi..., przynajmniej raz w roku spowiadać się…, są to zwroty, które u wielu osób, które rzadko korzystają z tego sakramentu, budzą niepokój, niechęć, a czasem nawet lęk. I nie ma w tym nic dziwnego. Jest to nawet do pewnego stopnia normalne, bowiem nawrócenie wymaga przyznania się do własnych błędów, a to nigdy nie jest przyjemne. Niechętnie zmieniamy swoją postawę, swoje postępowanie zwłaszcza, gdy wymaga to od nas rezygnacji ze swojego wygodnictwa, przyjemności, czy własnych ambicji. Spowiedź nigdy nie powinna być dla nas tylko ciężarem i obowiązkiem, który przybija i przygnębia. Wszyscy będziemy podchodzili do sakramentu pokuty zupełnie inaczej, bez lęku, wstydu i strachu, jeśli tylko zrozumiemy, czym tak naprawdę jest ten sakrament i w jakim celu Chrystus go ustanowił.

  Jan Paweł II, w swoim pasterskim nauczaniu, wiele miejsca poświęca sakramentowi pokuty i pojednania. W wielu homiliach i przemówieniach kierowanych do wiernych i do spowiedników wyraża swoją troskę o właściwe i godne korzystanie ze spowiedzi, podkreślając jej znaczenie, zarówno dla życia osobistego, jak i społecznego. Adhortację apostolską o pojednaniu i pokucie Reconciliatio et paenitentia z 1984 r. niemal w całości poświęca spowiedzi, sporo miejsca również w Katechizmie Kościoła Katolickiego, a także w wielu innych dokumentach, wydawanych w czasie swojego pontyfikatu[1]. Zatroskanie papieża o owocne korzystanie z sakramentu pokuty ma swoje egzystencjalne uzasadnienie. Bowiem nawet zwykła obserwacja utwierdza w przekonaniu, że większość wiernych przystępujących do spowiedzi nie korzysta we właściwy sposób, a zarazem w pełni z tego sakramentu. Nastąpiło bowiem w tej praktyce daleko idące zrutynizowanie.

   Nierzadko przystępujący do sakramentu pokuty nie bardzo są do końca świadomi, w czym leży jego prawdziwa istota. Ponieważ najczęściej pojmują Boga jako surowego sędziego, rodzi się w nich obawa i strach. Dołącza się do tego także niewłaściwe pojmowanie grzechu, który jest często wyłącznie przekroczeniem Bożego lub kościelnego przykazania, czyli jakiegoś przepisu i dlatego nie mają oni poczucia winy. Żal za grzechy uważają za czystą formalność ograniczającą się do odczytania, lub odmówienia modlitewnej formułki, bez powiązania z postanowieniem zmiany swojego życia. Całe przeżycie tego sakramentu kończy się zazwyczaj odmówieniem tzw. pokuty zadośćuczynnej, najczęściej nie mającej nic wspólnego ani z przeszłością, ani z perspektywą życiową penitenta. Nic dziwnego, że po odbyciu tak pojmowanej spowiedzi ludzie wracają do dawnego życia i popełniają ciągle te same grzechy.

     Jan Paweł II jest przekonany, że aby docenić sakrament pokuty, trzeba go widzieć na tle całej historii zbawienia. Wyraźnie podkreśla, że spowiedź nie jest wymysłem ludzkim, ale, że jest wolą samego Boga było, po to, by każdy z nas właśnie w ten sposób jednał się z Nim[2].  Człowiek, stworzony na obraz i podobieństwo Boże, źle wykorzystał swoją wolność. Odwrócił się od swego Stwórcy, popadając w stan nieprzyjaźni z Bogiem i osobiście w stan zniewolenia. Tymczasem Bóg w swoim miłosierdziu postanowił wybawić go z jego grzechów (por. Mt 1, 21) i otworzyć mu drogę wiecznego zbawienia. Tę misję realizuje przez swojego Syna Jezusa Chrystusa. To właśnie Chrystus powierzył apostołom misję, która polega na głoszeniu Królestwa Bożego i przepowiadaniu Ewangelii (por. Mk 16,15; Mt 28,18-20). Stało się to wieczorem, w dniu jego zmartwychwstania, kiedy  udzielił im władzy jednania skruszonych grzeszników z Bogiem i Kościołem w mocy Ducha Świętego, mówiąc zarazem, w jaki sposób ma się ono dokonywać. To zatem sam Jezus potwierdził, w sposób najbardziej uroczysty, niezastąpioną rolę sakramentu pokuty, którego sprawowanie powierzył apostołom i ich następcom, mówiąc: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 22-23)[3]   

     Zdaniem Ojca Świętego, najcenniejszym owocem przebaczenia uzyskanego w sakramencie pokuty, jest pojednanie z Bogiem Ojcem. Owo pojednanie rodzi dalsze pojednania, które naprawiają wszelkie rozdarcia spowodowane przez grzech. Grzesznik, który „uzyskał przebaczenie, jedna się z samym sobą w głębi własnego ja, odzyskując wewnętrzną prawdę; jedna się z braćmi, w jakiś sposób przezeń skrzywdzonymi i znieważonymi; jedna się z Kościołem; i wreszcie jedna się z całym stworzeniem”[4]. W sakramencie pojednania, Bóg w Jezusie Chrystusie nie tylko uwalnia nawracającego się grzesznika od winy, ale także przywraca mu utraconą jedność z całą Trójcą Świętą i z Kościołem. Dlatego sakramentalne pojednanie, to coś nieskończenie więcej niż odpuszczenie grzechów. Kiedy skruszony syn marnotrawny postanawia wrócić do domu, ojciec wychodzi mu naprzeciw, rzuca mu się na szyję, całuje go, przebacza mu wszystko, wprowadza do domu i obdarowuje cennymi darami: pierścieniem, suknią i sandałami. Coś podobnego dokonuje się w sakramencie pojednania. Wówczas następuje pojednanie grzesznika z Bogiem i Kościołem, zostają mu przebaczone wszystkie winy i przywrócone zostają utracone nadprzyrodzone dary, głównie dar Bożego życia. Zatem sakrament pokuty i pojednania, to coś znacznie więcej, niż samo tylko darowanie grzechów. Jest to zarazem darowanie każdemu z nas nowego życia, jest to niejako nowe „narodzenie się z Boga” (1J 2,29), obdarowanie „nowym sercem”. Innymi słowy, sakramentalne pojednanie zapoczątkowuje, u każdego z nas, nowy „styl życia”. Jednocześnie zawiera ono w sobie nowe wezwanie, Boży impuls, ukazujący możliwość kroczenia ku doskonałej miłości. Dlatego jest ono zobowiązaniem, a zarazem uzdolnieniem do zajmowania w codziennym życiu bardziej odpowiedzialnej postawy wobec Boga, bliźnich i świata[5].

    Jak widać, przyjęcie Bożego daru przebaczenia w sakramencie pokuty nie jest uwieńczeniem całego procesu nawrócenia człowieka. Proces ten dopiero się rozpoczyna. Spowiedź nie jest tylko po to, aby otrzymać odpuszczenie grzechów i „poczuć się lekko na duszy”, tak, to jest ważne, ale otrzymujemy odpuszczenie grzechów po to, by umocnieni Bożą łaską rozpocząć nowe, lepsze życie. Na nowo, z większą gorliwością zacząć pobożnie żyć z miłością Boga i bliźniego. Sakramentalne łaski, których Bóg udziela, z miłości do grzesznika, można porównać do ziaren rzuconych na glebę duchowego organizmu, które wydadzą owoc, jeśli znajdą odpowiednie ku temu warunki. Konieczne natomiast jest podjęcie wysiłku dla urzeczywistnienia duchowego rozwoju[6].

    Jezus Chrystus, odpuszczając grzechy w sakramencie pokuty pragnie ocalić grzesznika od śmierci wiecznej i dać mu możliwość rozpoczęcia na nowo  życia w łasce uświecającej. Bóg jednak nie ratuje grzesznika w taki sposób, jak ratuje się rzeczy z płonącego domu. Człowiek jest bowiem osobą, a nie rzeczą. Bóg chce uratować nawet największego grzesznika, ale nikogo nie chce ratować wbrew jego woli. Dlatego w Ewangelii tyle wezwań do nawrócenia i tyle radości w niebie z każdego grzesznika, który się nawraca (por. Łk 15,7). Wielka to tajemnica jakby uzależnienia się Boga od człowieka, że - jak powiada św. Augustyn - „Bóg stworzył nas bez nas, ale nie może zbawić nas bez nas”.

   Jan Paweł II w adhortacji o pojednaniu i pokucie przypomina, że  każdy grzesznik, pozytywnej odpowiedzi na ojcowską miłość Boga, udziela przez swoje nawrócenie, które wyraża się m.in. w aktach pokutnych. W katechetycznej praktyce akty te nazywane są pięcioma warunkami dobrej spowiedzi. Są nimi: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, wyznanie grzechów i zadość uczynienie[7]. Pamiętamy je dobrze z przygotowania do pierwszej spowiedzi i Komunii świętej. Nigdy nie zaszkodzi przypomnieć je sobie na nowo i na nowo rozważyć ich treść. Zanim człowiek przystąpi do spowiedzi powinien najpierw zrobić rachunek sumienia, czyli przypomnieć sobie wszystkie swoje grzechy jeszcze nie odpuszczone (popełnione od ostatniej spowiedzi). Rachunek sumienia jest poważnym spojrzeniem na własną osobowość i uznaniem siebie grzesznikiem. Innymi słowy, grzesznik winien najpierw dostrzec siebie jako „chorego”, który potrzebuje uzdrowienia, albowiem, aby być uzdrowionym, trzeba się najpierw uznać chorym i zgodzić się, by być leczonym przez lekarza. Grzesznik musi dostrzec co stracił, czego się pozbawił popełniając grzech i postąpić jak syn marnotrawny z Jezusowej przypowieści: „Zabiorę się i pójdę do mego ojca” (Łk 15,18). Nie zmieni się ten, kto nie zna siebie, kto nie widzi potrzeby zmiany własnego postępowania. Często bywa tak, że z ludźmi, którzy uważają się za nienagannych i bez skazy otoczenie nie potrafi żyć. Sprawiają oni bliźnim wiele cierpienia, poniżają ich, upokarzają, wykorzystują, choć tego nie zauważają, albo po prostu nie chcą widzieć. O ile pierwszym krokiem do nawrócenia i pokuty jest świadomość własnego grzechu i własnej grzeszności, o tyle pierwsze miejsce wśród aktów, pokutującego grzesznika, zajmuje żal za grzechy. Bez niego, choćby ktoś się spowiadał niezwykle szczegółowo i bił się w piersi, a ksiądz wypowiadałby słowa absolucji - spowiedź będzie nieważna. Czym zatem jest żal za grzechy?        

     Jan Paweł II określa go jako „jasne i zdecydowane odrzucenie popełnionego grzechu i postanowienie niegrzeszenia na przyszłość, z miłości do Boga, która odradza się przez skruchę”[8]. Ale jak żałować za grzechy, które były tak przyjemne? Trzeba sobie przede wszystkim uświadomić, że żal za grzechy nie jest sprawą uczuciową i nie da się zmierzyć litrami łez. Rzeczywistością decydującą o skuteczności żalu za grzechy jest miłość. A żal wypływający z miłości nazywa się żalem doskonałym. Grzech jest świadomym i dobrowolnym zniszczeniem miłości. Może on zostać zgładzony tylko wtedy, gdy w człowieku, pod wpływem działania łaski Bożej, zacznie się ta miłość odradzać. W miarę jak się pojawia i rozwija w sercu człowieka, żal za grzechy staje się bardziej skuteczny. To odradzanie się miłości ujawnia się w ubolewaniu nad popełnionymi grzechami i w pragnieniu zmiany życia. Żal za grzechy może być doskonały lub niedoskonały. „Gdy żal wypływa z miłości do Boga miłowanego nade wszystko, jest nazywany żalem doskonałym lub żalem z miłości. Taki żal - jak naucza Katechizm - odpuszcza grzechy powszednie. Przynosi on także przebaczenie grzechów śmiertelnych, jeśli zawiera mocne postanowienie przystąpienia do sakramentalnej spowiedzi, gdy tylko będzie to możliwe”[9]. Z kolei „żal niedoskonały” rodzi się z „rozważania brzydoty grzechu lub lęku przed wiecznym potępieniem i innymi karami, które grożą grzesznikowi (żal ze strachu)”[10]. Akt żalu doskonałego jest o wiele łatwiej wzbudzić człowiekowi trwającemu w stanie łaski i Bożej miłości, niż pozostającemu w stanie grzechu ciężkiego. Kto przystępuje do sakramentu pokuty powinien się zdobyć przynajmniej na żal mniej doskonały. Do ważności sakramentu pokuty nie jest wymagany żal doskonały[11]. Istotą żalu jest decyzja o zmianie swojego postępowania. Rozpoznając lepiej wolę Bożą decydujemy się na poprawę. Dlatego też, mocne postanowienie poprawy jest uwieńczeniem, niejako sprawdzianem tego, czy żal za popełnione grzechy był dobry. W swej istocie postanowienie poprawy polega na tym, że grzesznik z całego serca pragnie dobra, chce innego życia, pragnie zmiany swojego postępowania. Jest to moment przełomowy i trudny, a nierzadko nawet bolesny. Tym bardziej bolesny, im bardziej zło zakorzeniło się w człowieku i bardziej weszło w jego życie i im bardziej on przyzwyczaił się z nim żyć[12].

     Przystępując do spowiedzi grzesznik winien mieć zatem wolę niegrzeszenia w przyszłości. Oprócz ogólnego pragnienia unikania wszystkich grzechów dobrze jest zrobić sobie, przed każdą spowiedzią, jakieś szczegółowe postanowienie. Mocne postanowienie poprawy nie może przyjmować postaci ogólnikowej w formie założenia: „już nie będę nigdy grzeszył”, „poprawię się ze wszystkiego”. Podobnie, jak w każdej walce tak i w walce z grzechem ważna jest strategia. Można ją streścić krótko: postanawiać nie za dużo, ale bardzo konkretnie. Bóg „nie żąda” od nas od razu osiągnięcia szczytów świętości, ale dążenia do niej systematycznie krok po kroku. Z drugiej strony, realna zmiana na jednym odcinku wzmacnia wolę, daje radość zwycięstwa i promieniuje na inne dziedziny[13]. Kulminacyjnym punktem sakramentu pokuty jest wyznanie swoich grzechów, przed upoważnionym do tego kapłanem, aby uzyskać rozgrzeszenie. Jan Paweł II podkreśla, że oskarżenie się z grzechów jest tak ważne, że od wieków, aż po dzień dzisiejszy zwykło się nazywać ten Sakrament - spowiedzią. Oskarżenie się z własnych grzechów jest konieczne przede wszystkim po to, by grzesznik mógł być poznany przez tego, kto pełni w Sakramencie rolę sędziego, i by spowiednik mógł ocenić, zarówno ciężar grzechów, jak i skruchę penitenta, a jako lekarz poznać stan chorego i w imieniu Chrystusa go leczyć i uzdrowić. Spowiedź indywidualna posiada jednak jeszcze wartość znaku: znaku spotkania grzesznika z Kościołem pośrednictwem Kościoła w osobie szafarza[14].

     Jan Paweł II porównuje wyznanie grzechów do aktu „marnotrawnego syna, który wraca do ojca i zostaje przez niego powitany pocałunkiem pokoju”. Jest to „akt lojalności i odwagi; akt zawierzenia siebie samego, pomimo grzechu, Bożemu miłosierdziu, które przebacza. Zrozumiałe jest więc, dlaczego wyznanie grzechów winno być zwyczajnie indywidualne, a nie zbiorowe, tak jak grzech jest czynem głęboko osobistym”[15]. Aby odejść od konfesjonału z wewnętrznym pokojem ducha, najlepiej przyznać się przed Bogiem i kapłanem do wszystkich grzechów, które się pamięta. Przy ciężkich grzechach należy podać liczbę i okoliczności, zmieniające często ich rodzaj, np. określić, co zostało skradzione, czy i z jakiego powodu opuściło się niedzielną mszę świętą. Liczbę można podać ogólnie np. ile razy w ciągu dnia, tygodnia, miesiąca popełniało się wyznawany grzech. Przy grzechach powszednich nie trzeba podawać ani ich liczby, ani okoliczności. Wyznanie nie musi być zbyt drobiazgowe, ale też nie powinno być zbyt ogólne, np.: „zgrzeszyłem przeciwko szóstemu i siódmemu przykazaniu”. Wyznanie grzechów, to nazwanie zła po imieniu, to przedstawienie tych przewinień, które chciałoby się mieć odpuszczone[16]. Kto szczerze żałuje, temu Bóg przebacza wszystkie grzechy, nawet te, które zapomniał wyznać przy spowiedzi. Jeśli ktoś zapomniał wymienić jakiś grzech, powinien go wyznać przy następnej spowiedzi. Nie musi jednak wracać do konfesjonału, od którego dopiero co odszedł, ani przystępować specjalnie po raz drugi do spowiedzi nawet, gdy ma ku temu dogodną okazję. Sakrament pokuty nie jest „automatem do oczyszczania się z grzechów”, ale  spotkaniem z kochającym, miłosiernym i przebaczającym Chrystusem. I o spotkaniu z Nim winien przede wszystkim pamiętać każdy, kto przystępuje do spowiedzi[17].

   Sakramentalne wyznanie grzechów nie wyczerpuje całkowicie procesu powrotu grzesznika do Boga. Nie można bowiem oddzielić życia od sakramentu, a to dlatego, że skutki moralnego zła nie znikają wraz z przebaczeniem grzechów. Boże przebaczenie win nie pociąga za sobą automatycznego zniesienia ich skutków, np. nie usuwa cierpienia osób, które zostały znieważone, poniżone, fałszywie oskarżone, moralnie lub materialnie skrzywdzone. Te złe skutki grzechu muszą być naprawiane poprzez świadome i wolne akty grzesznika. Nie może on bowiem przejść spokojnie nad swoją przeszłością, która spowodowała innym wiele krzywdy. Jako dłużnik nie może mówić do swych wierzycieli, którymi są Bóg i bliźni: „ciesz się, że już nie chcę robić długów”. Jest on zobowiązany spłacić dług, naprawić, o ile go stać i na ile go stać krzywdy wyrządzone, albo prosić o ich darowanie. W tym właśnie kontekście jawi się problem sakramentalnego zadośćuczynienia[18].

    Zadośćuczynienie jest zatem pewną formą naprawy spowodowanego przez siebie zła, wynagrodzenia za nie (np. zwrócenie skradzionej rzeczy, wynagrodzenie wyrządzonej straty, pojednanie się z bliźnim, z którym żyło się w niezgodzie, częste klękanie do modlitwy, aby wynagrodzić Bogu za wszelkie formy zapomnienia o Nim, podkreślanie dobrych cech bliźnich, których się obmawiało, okazanie serca tym, których się zasmuciło itp.). Jest ono znakiem, że człowiek rozpoczął nowe życie, oparte na prawdziwej miłości, że faktycznie się nawrócił[19]. Powszechnie przez zadośćuczynienie, jako katechizmowy warunek sakramentu pokuty, rozumie się praktykę pokutną, zleconą grzesznikowi przez spowiednika, często bywa ono nazywane po prostu „pokutą”. Zastępuje ono uciążliwe i długotrwałe praktyki pokutne nakładane w przeszłości na grzeszników, którzy chcieli uzyskać odpuszczenie grzechów. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa trzeba było nieraz kilka lat pokutować za grzechy, zanim otrzymało się rozgrzeszenie. Dzisiejsza forma sakramentalnej pokuty powinna być traktowana jako znak nawrócenia i pragnienie wynagrodzenia Bogu i ludziom za popełnione grzechy. Winna ona ułatwiać człowiekowi skuteczną zmianę życia i odwrócenie się od grzesznej przeszłości. Nie powinna być tylko wynagrodzeniem za przeszłość, ale pomocą w odnowieniu własnego życia i lekarstwem na własne słabości.

  Zdaniem Jana Pawła II, nie można w żadnym wypadku pojmować zadośćuczynienia jako „ceny, którą płaci się za odpuszczony grzech i za otrzymane przebaczenie: żadna ludzka cena nie może wyrównać tego, co się otrzymało, owocu przenajdroższej Krwi Chrystusowej”[20]. Termin wypełnienia pokuty sakramentalnej jest dowolny. Zasadniczo powinna ona być odprawiona jeszcze przed następną spowiedzią. Jeśli jednak ktoś z uzasadnionych względów nie mógł jej wykonać, może przystąpić do spowiedzi i potem ją wypełnić. Można też przystępować do Komunii św. jeszcze przed wypełnieniem zadanej pokuty. Jeśli ktoś nie zrozumiał, albo zapomniał, jaką pokutę zadał mu kapłan, może spełnić dowolną i poinformować o tym kapłana przy następnej spowiedzi. Jeśli naznaczona pokuta nie mogła ani nie może być w przyszłości zrealizowana, należy poprosić kapłana o zmianę i o wyznaczenie innej.

   Święty Janie Pawle II, dziękujemy ci za to, że uczysz nas prawdy o Miłosiernym Bogu, który nie chce śmierci grzesznika, lecz „aby się nawrócił i miał życie” (Ez 33, 11), albowiem Boża miłość jest większa niż ludzki grzech. Realnym potwierdzeniem tej prawdy jest sakrament pojednania i pokuty. Tam Miłosierny Chrystus odpuszcza grzechy tym, którzy je uznają, żałują za nie, obiecują poprawę i wyznając je gotowi są naprawić zło z nich wynikające, prowadząc odtąd piękne życie. Dzięki ci za pełne nadziei słowa: „Każdy konfesjonał, to uprzywilejowane i błogosławione miejsce, w którym, po zniesieniu podziałów, rodzi się nowy, nieskażony i pojednany człowiek - pojednany świat”[21].

 



[1] Por. JAN PAWEŁ II, Pojednanie z Bogiem i pojednanie między ludźmi, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 4 (1983) nr 5/6 (41/42), s.11; Wyznanie grzechów, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 5 (1984) nr 3 (51), s. 27-28; W stronę sakramentu pojednania, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 7 (1986) nr 3 (77), s. 14; Kapłan - szafarz posługi pojednania, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 11 (1990) nr 4 (122), s. 22; Miłość zawsze potężniejsza niż grzech, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 11 (1990) nr 12 (128), s. 8; Nawrócenie serca warunkiem przywrócenia jedności, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 13 (1992) nr 6 (143), s. 24; List apostolski w formie „Motu proprio” Misericordia Dei o niektórych aspektach sprawowania sakramentu pokuty (7.04.2002) Katowice 2002; Pokuta w Kościele-wspólnocie kapłańskiej i sakramentalnej, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 13 (1992) nr 6 (143), s. 40; Pojednajmy się z Bogiem i braćmi, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 21 (2000) nr 4 (222), s. 45-46; Niezastąpiona wartość sakramentu pokuty, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.)  23 (2002) nr 5 (243), s. 15.

[2] Por. JAN PAWEŁII, Misericordia Dei, s. 3.

[3] JAN PAWEŁII, Niezastąpiona wartość sakramentu pokuty, przem. cyt., 4.

[4] JAN PAWEŁ II, Adhortacja apostolska o pojednaniu i pokucie w dzisiejszym posłannictwie Kościoła „Reconciliatio et paenitentia” (2. 12. 1984), Kraków 1985, 31. (skrót: ReP)

[5] Por. J. ORZESZYNA, Dlaczego i jak się spowiadać, wyd. UNUM, Kraków 1994 s. 31.

[6] Por. Tamże.

[7] Por. ReP 31.

[8] Tamże.

[9] KKK 1452.

[10] Tamże 1453.

[11] J. ORZESZYNA, Dlaczego i jak się spowiadać, dz. cyt., s. 39.

[12] Por. Tamże, s. 44.

[13] Por. Tamże.

[14] Por. ReP 31.

[15] Tamże.

[16] J. ORZESZYNA, Dlaczego i jak się spowiadać, dz. cyt., s. 49.

[17] Por. Tamże.

[18] Por. Tamże, s. 50.

[19] Por. Tamże.

[20] ReP 31.

[21] Tamże.


Katecheza piąta:

GRZECH

    Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. Obdarzył go  rozumem i wolną wolą. Jedną z istotnych funkcji rozumu jest sumienie. To właśnie dzięki niemu, jeśli człowiek dba o jego właściwą formację, jest zdolny rozeznać, co jest moralnie dobre, a co złe. Niestety, mając wolną wolę, człowiek jest w stanie postąpić wbrew własnemu sumieniu i wtedy popełnia grzech.

     Odpowiedzmy sobie na pytanie: czym tak naprawdę jest grzech? Wielu mówi dziś, że nie ma grzechu, wiele osób pomniejsza jego znaczenie. Natomiast dla tych, którzy przyjmują jego istnienie, grzech jest najczęściej przekroczeniem Bożego lub kościelnego przykazania. W tej kwestii Jan Paweł II wyraźnie zabiera głos i wyjaśnia naturę i wielkość ludzkiego grzechu. Odwołajmy się zatem do jego nauczania.

     Jan Paweł II, problematykę ludzkiego grzechu wyjaśnia w adhortacji o pojednaniu i pokucie „Reconciliatio et paenitentia” oraz w encyklice „Veritatis splendor”, a także w wielu innych przemówieniach i homiliach.

      Papież naucza, że w sakramencie pokuty, grzesznik jedna się: z Bogiem, z samym sobą, z braćmi i z całym stworzeniem. Zakłada tym samym, że każdy grzech posiada poczwórny wy­miar. Jest on jednocześnie grzechem przeciw Bogu, przeciw sa­memu sobie, przeciw bliźniemu i przeciw całemu stworzeniu[1]

     Grzech określa się zazwyczaj jako „świadome i dobrowolne przekroczenie przykazania Bożego”. Boże prawo jest przede wszystkim wyrazem miłości Boga do człowieka. Tak więc, popełniając grzech, człowiek sprzeciwia się nie tylko Bożemu prawu, ale także Temu, który jest twórcą tego prawa, bowiem wybiera własny, ustanowiony przez siebie porządek.

      Tymczasem Bóg wyznacza zarówno człowiekowi, jak i całemu światu ramy rozwoju. Czyni to nie dla własnego kaprysu, ale dla dobra człowieka i świata. Pismo Święte nazywa grzech bezprawiem, albo błądzeniem. Popełniając grzech, człowiek schodzi z właściwej drogi wskazanej mu przez Boga i - obiektywnie - najkorzystniejszej dla niego.

       Najgłębsze źródło człowieczego grzechu tkwi w pragnieniu uniezależnienia się od swego Stwórcy. Popełniając grzech, człowiek mówi, że nie chce, by Bóg nim kierował. Chce sam nadawać sobie prawa. Pragnie być tym, który rozstrzyga, co dla niego jest dobre, a co złe. Przecież nikt z nas nie pragnie dla siebie zła. Popełniamy grzech, ponieważ upatrujemy w nim jakieś dobro. Często grzech nas zaślepia i nie dostrzegamy związku pomiędzy naszymi grzechami, a cierpieniem z niego wynikającym. Często bywa też tak, że odpowiedzialność za swoje grzechy przerzucamy na drugiego człowieka, na współczesną cywilizację, na przypadek, a bywa i tak, że nawet na Pana Boga.

   Według nauczania Jana Pawła II, grzechem jest nie tylko wyraźne odrzucenie miłości Boga, ale każde poważne naruszenie normy moralnej i zanegowanie moralnej wartości[2]. Grzechem jest również żyć tak, jak gdyby Bóg nie istniał, po prostu wykreślić Go z codziennego życia. Dla zobrazowania tej prawdy papież przywołuje biblijną opowieść o wieży Babel (por. Rdz 11,1-9).

     Ludzie postanowili zbudować miasto, zjednoczyć się w społeczeństwo silne i mocne, ale bez Boga. To wyłączenie Boga z własnego życia nie wydaje się wyraźnym konfliktem z Bogiem. Jest raczej zapomnieniem i obojętnością wobec Niego, takim sposobem życia, jak gdyby w planie ludzkiego działania Bóg nie zasługiwał na uwagę. Niemniej jednak, zdaniem papieża, i w tym przypadku zachodzi gwałtowne zerwanie związku z Bogiem, bowiem wyłączenie Boga, zerwanie z Nim, nieposłuszeństwo wobec Niego zawsze jest grzechem. Dlatego można powiedzieć, że grzech jest nieposłuszeństwem człowieka, który nie uznaje aktem swej wolności panowania Boga w swym życiu, przynajmniej w momencie, kiedy przekracza Jego prawo[3].

  Grzech, który niweczy przymierze z Bogiem, pociąga za sobą również odwrócenie się człowieka od człowieka. Grzech w świetle Pisma świętego nie tylko zmienia stosunek człowieka do Boga, ale również stosunek człowieka do człowieka. Zdaniem papieża, nie ma grzechu, nawet najbardziej wewnętrznego i tajemnego, najściślej indywidualnego, który swymi skutkami i swym zasięgiem obejmowałby wyłącznie tego, kto go popełnia. Każdy bowiem grzech rzutuje z mniejszą lub większą gwałtownością, z mniejsza lub większą szkodą na całą strukturę Kościoła i na całą ludzką rodzinę[4].

     Grzech jest bardzo wyraźnym zaprzeczeniem miłości bliźniego w przypadku, gdy człowiek przez swoje wykroczenia bezpośrednio krzywdzi innych. Można wyliczyć wiele takich przewinień, które mieszczą się w tej kategorii. Są to np. grzechy popełnione przeciwko sprawiedliwości, przeciwko prawom ludzkiej osoby, poczynając od prawa do życia, a potem prawa do naturalnej śmierci, czy też przeciwko wolności i godności drugiego człowieka, jak również przeciwko dobru wspólnemu.

    Grzech godzi także w tego, kto się go dopuszcza. Jeśli bowiem człowiek świadomie decyduje się na czyny sprzeczne z wiarą, miłością i sprawiedliwością itp., zuboża siebie, niejako kaleczy swoje człowieczeństwo. Grzech pomniejsza duchowo człowieka, przeszkadzając mu w osiągnięciu duchowej pełni, stanowi przeszkodę w realizacji w pełni jego człowieczeństwa. Człowiek popełniający grzech zdradza swą wewnętrzną godność, wynikającą z porządku ustanowionego przez Boga, dąży do zaspokojenia niższych pożądań i szuka namiastek szczęścia. Grzech ma w sobie coś z pozoru prawdy. Wydaje się dobrem absolutnym, obiecującym pełne szczęście, ale tylko dopóty, dopóki nie zostanie popełniony. Później przychodzi rozczarowanie, poczucie winy, a równocześnie osłabienie woli i większa skłonność do następnego upadku. Można powiedzieć, że poprzez grzech człowiek dokonuje samozatracenia, lub samounicestwienia, niszcząc podstawowe struktury i relacje własnej osoby.

     To dzieło samozniszczenia dokonujące się w grzechu przejawia się w trzech aspektach. Po pierwsze - człowiek z natury swojej ukierunkowany jest na Boga. Tylko poprzez zjednoczenie z Nim osiąga prawdziwe szczęście i jest naprawdę sobą. Grzesząc niszczy to swoje podstawowe odniesienie, odcina się od dopływu łaski, skazuje się na swoją samowystarczalność. Drugi aspekt samozniszczenia człowieka poprzez grzech, to deprawacja własnej natury ludzkiej. Grzech powiększa skłonność do złego, osłabia wolę, nierzadko niszczy zdrowie fizyczne i psychiczne. Wreszcie grzesznik utrudnia sobie współżycie z innymi ludźmi, bowiem wewnętrzne skłócenie spowodowane przez grzech jednocześnie negatywnie odbija się w kontaktach międzyosobowych.

   To wszystko upoważnia do twierdzenia, że poprzez grzech człowiek wyrządza największą krzywdę sobie samemu. Jeżeli zaś tego nie widzi, to najczęściej dzieje się tak dlatego, że nigdy się nad tym nie zastanawia.

     Jan Paweł II podkreśla, że grzech burzy także właściwą relację pomiędzy ludźmi, a światem stworzonym. Albowiem zraniony przez grzech człowiek „niejako nieuchronnie narusza tkankę łączącą go (…) ze światem stworzonym”[5]. Sprzeciwiając się planom Boga Stwórcy, człowiek wprowadza nieporządek, który niechybnie odbija się na reszcie stworzenia.

    Jeśli człowiek nie żyje w pokoju z Bogiem, nie ma też pokoju na ziemi: Prorok Ozeasz mówi: „Dlatego kraj jest okryty żałobą i więdną wszyscy jego mieszkańcy, zarówno zwierz polny, jak ptactwo powietrzne, a nawet ryby morskie marnieją” (Oz 4,3). To „cierpienie” ziemi jest odczuwane przez ludzi, także tych, którzy nie wierzą w Boga. Wszyscy bowiem mogą oglądać spustoszenie spowodowane w świecie przyrody przez ludzi obojętnych na wyraźne zasady owego porządku i harmonii, jakie w tym świecie się kryją[6]. Ten wymiar grzechu widać wyraźnie w tzw. grzechu ekologicznym, który w bezpośredni sposób niszczy środowisko naturalne. Wśród grzechów zniekształcających stosunek człowieka do świata Papież wymienia m.in. bezkrytyczne stosowanie w praktyce zdobyczy naukowych i technicznych, bez uwzględniania ich wpływu na inne dziedziny i na jakość życia przyszłych pokoleń[7].

     W Rosji istniał kiedyś na poły pogański, na poły chrześcijański zwyczaj, że grzesznik spowiadał się ze swych win „matce ziemi”, aby mu była po śmierci lekka. F. Dostojewski widzi w tym przejaw prawdziwego chrześcijańskiego poczucia, że przez grzech człowiek obraża całe stworzenie. Raskolnikow, który w Zbrodni i karze decyduje się ostatecznie przyznać do popełnionego morderstwa, wychodzi na dwór i całuje ziemię, oblewa ją łzami, aby mu przebaczyła[8].

      Święty Janie Pawle II, dziękujemy ci za to, że pouczasz nas o grzechu. W czasach, gdy wielu mówi, że nie mają grzechów, że właściwie nie mają się z czego spowiadać, Ty przypominasz nam, że  każdy grzech posiada poczwórny wy­miar. Jest on jednocześnie grzechem przeciw Bogu, bliźniemu, sa­memu sobie i przeciw całemu stworzeniu. I tylko uznając swój grzech jesteśmy w stanie nawrócić się i rozpocząć nowe życie po otrzymaniu rozgrzeszenia.


[1] JAN PAWEŁ II, Adhortacja apostolska o pojednaniu i pokucie  w dzisiejszym posłannictwie Kościoła „Reconciliatio et paenitentia” (2 grudnia 1984), nr  8 (odtąd, skrót: ReP).

[2] Por. ReP 18.

[3] Por. ReP 14.

[4] Por. ReP 16.

[5] ReP 15.

[6] Jan Paweł II, Pokój z Bogiem Stwórcą - pokój z całym stworzeniem. Orędzie na 23 Światowy Dzień Pokoju, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 10(1989) nr 12 bis (119), s. 4.

[7] Jan Paweł II, Pokój z Bogiem Stwórcą - pokój z całym stworzeniem, dok. cyt., s. 21

[8] Por. F. Dostojewski, Zbrodnia i kara, Warszawa 1992, s. 480-481


Katecheza trzecia:

KIM JEST CZŁOWIEK?

   Jan Paweł II w „Medytacjach na temat bezinteresownego daru”, które zostały po raz pierwszy opublikowane w drugą rocznicę Jego śmierci, tak pisze: „Czy człowiek może powiedzieć drugiemu człowiekowi: Pan Bóg mi ciebie dał? Jako młody duszpasterz usłyszałem od mojego kierownika duchowego takie słowa: Może Pan Bóg chce ci dać tego człowieka... Słowa, w których zawierała się zachęta do tego, ażeby zaufać Bogu i by przyjąć dar, jakim człowiek staje się dla drugiego człowieka. Chyba zrazu nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak głęboka zawiera się tutaj prawda o Bogu, o człowieku i o świecie[1].

   Kim jest człowiek? Czy ktoś z nas tu obecnych zadał sobie kiedykolwiek pytanie: Kim ja właściwie jestem? Co tak naprawdę wiem o sobie? Pozornie może się wydawać, że każdy z nas chyba najlepiej zna siebie samego, przecież wszystko o sobie wiemy, znamy swoje najskrytsze myśli i czyny. Tymczasem często przekonujemy się, że tak naprawdę, to wcale siebie do końca nie znamy. Ile razy zdarzyło się nam, że pomogliśmy rozwiązać problemy tych, którzy tego potrzebowali, a ile razy było tak, że sami z podobnymi sprawami nie potrafiliśmy sobie dać rady?

  Kiedy na Soborze Watykańskim II podjęto temat: Kim jest człowiek? Początkowo wydawało się, że będzie to zagadnienie bardzo proste. Szybko jednak przekonano się, że jest to temat bardzo trudny i wręcz niemożliwy do opracowania. Człowiek bowiem ma ciało, jak inne stworzenia, ale poprzez swoją duszę wykracza ponad to, co stworzone. Kim jest człowiek, skąd pochodzi i dokąd zmierza, to jeden z głównych tematów nauczania Jana Pawła II. Spróbujmy dzisiaj prześledzić nauczanie papieża na ten temat.

  W pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju czytamy, że Bóg szóstego dnia powiedział: „Uczyńmy człowieka na nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad całą ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1, 26). Znamienne jest, iż stworzenie człowieka zostało poprzedzone wyjątkowym jakby zamysłem, w którym Stwórca wypowiada w liczbie mnogiej - „uczyńmy” - zamiar stworzenia człowieka na swój obraz: „podobnego Nam”[2].

    Według biblistów liczba mnoga wskazuje na Boskie „My” jedynego Stwórcy. Byłby to więc jakiś pierwszy daleki sygnał (trynitarny) prawdy, że Bóg jest Trójcą Świętą, a więc jest Miłością, o czym była mowa w poprzedniej katechezie. Skoro Bóg stworzył człowieka „na swój obraz i podobieństwo”, stworzył go zatem z miłości i do miłości. Jeśli tak, to nie dziwi nas, że Stwórca rzekł: „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam, uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc” (Rdz 2,18), czyli odpowiednią istotę, którą mężczyzna - Adam mógłby kochać. Żadne bowiem ze stworzeń nie okazało się zdolne do takiej miłości[3].

      Wszystkim nam znane są słowa z Księgi Rodzaju: „Wtedy to Pan sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, i gdy spał wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, mężczyzna powiedział: Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta” (Rdz 2, 21-23).

   Biblia wyjaśnia, że kobieta jest pomocą dla mężczyzny. Nie znaczy to oczywiście, że ma być jego służącą, czy jemu poddaną. Prze­ciwnie, znaczy to, że mężczyzna potrzebuje pomocy i, że tylko kobie­ta jest mu w stanie takiego wsparcia udzielić. Chodzi tu głównie o pomoc w dorastaniu i dojrzewaniu do miłości, a także do mo­ralnej, duchowej i religijnej wrażliwości.

    Jan Paweł II podkreśla, że według Pisma Świętego mężczyzna i kobieta są sobie równi co do natury i godności. O ile bowiem, żadna z wcześniej stworzonych istot nie mogła stanowić dla człowieka pomocy do niego podobnej, to „pomoc” taką znalazł on w stworzonej przez Boga kobiecie. Według Księgi Rodzaju kobieta zostaje powołana do życia „z żebra” mężczyzny, co jednoznacznie wskazuje na tożsamość człowieczeństwa, na fakt, że choć są różni, to jednak istotowo są sobie równi. Kobieta i mężczyzna mają tę sama naturę i obojgu przysługuje ta sama godność osoby (por. Rdz 2,21-22)[4]. Mężczyzna i kobieta są równi w godności i jednocześnie różni, jeśli chodzi o ich psychikę, pragnienia i predyspozycje. Ta różność jest zarazem podstawą ich wzajemnego uzupełniania się[5].

  Ojciec Święty w swoim nauczaniu, wielokrotnie zwraca uwagę, że w stworzonej kobiecie zawiera się jakby ostatnie słowo Boga Stwórcy. Bowiem kobiecość oznacza przyszłość człowieka, kobiecość oznacza macierzyństwo, zaś macierzyństwo jest pierwszą formą zawierzenia człowieka człowiekowi. Zdaniem papieża, to słowo: zawierzenie, jest w tym miejscu szczególnie ważne. Bóg chce ci dać drugiego człowieka, to znaczy Bóg chce ci tego drugiego człowieka zawierzyć - a zawierzyć, to znaczy, że Bóg tobie wierzy, iż potrafisz przyjąć ten dar, potrafisz go ogarnąć swoim sercem, potrafisz na ten dar odpowiedzieć darem z siebie samego. W ten sposób, stwarzając człowieka mężczyzną i niewiastą, Stwórca przenosi w człowieczeństwo tajemnicę tej komunii, która jest treścią Jego wewnętrznego życia. Człowiek zostaje wprowadzony w tajemnicę Boga przez to, że jego wolność poddaje się prawu miłości, która stwarza międzyludzką komunię[6].

  Zaraz po stworzeniu niewiasty Stwórca powołuje Adama i Ewę do małżeństwa, mówiąc do nich: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię” (Rdz 1,28). Zostali powołani do małżeństwa, ponieważ mają tę samą godność i są różni co do płci i tym samym zdolni, aby jednocząc się ze sobą tworzyć jedno ciało (por. Rdz 2,24).

    Ta biblijna prawda jest bardzo ważna w kontekście rozpowszechniającej się obecnie ideologii gender, która zmierza do obalenia naturalnych, biologicznych różnic między kobietą, a mężczyzną. Głosi ona bowiem, że każdy powinien mieć prawo wyboru, czy chce być mężczyzną, czy kobietą. Nikt bowiem nie rodzi się kobietą ani mężczyzną. Kobiecość i męskość, nie jest wynikiem natury czy też biologicznych uwarunkowań, lecz wytworem kultury. Biologiczne różnice płciowe nie są istotne, zachowania seksualne wybiera sobie bowiem sam człowiek. Takie właśnie poglądy mają zwolennicy ideologii gender, które coraz częściej próbują narzucać innym.

     Jak naucza Kościół, osoby obydwu płci mają identyczną godność i ten sam sens istnienia: pragną kochać i być kochanymi. Oby­dwoje są podobni do Boga i powołani do świętości, czyli do bycia dobrymi i mądrymi jednocześnie. Biblia naucza, że nie jest dobrze człowiekowi być samemu, i że najpełniejszym sposobem pokonania samotności jest spotkanie z osobą przeciwnej płci. Nic tak nie cieszy, jak wzajemna miłość kobiety i mężczyzny i nic tak nie boli, jak brak tej miłości.

     Jan Paweł II zwraca uwagę, że to nie tylko ludzie łączą się ze sobą, to Pan Bóg ich sobie wzajemnie daje. I w tym właśnie urzeczywistnia się Jego stwórczy plan. Tak jak czytamy w Księdze Rodzaju, Pan Bóg stworzył widzialny świat dla człowieka, kazał mu czynić sobie ziemię poddaną (por. Rdz 1, 28), a cały świat stworzeń niższych od człowieka oddał pod jego władzę. Jednak ta władza nad stworzonym światem musi liczyć się także z dobrem poszczególnych stworzeń.

    Księga Rodzaju przypomina, że Stwórca widział, że wszystko, co stworzył było dobre. Stworzenie jest dobrem dla człowieka, jeżeli on sam jest dobry dla otaczającego go świata, czyli dla zwierząt, roślin, a nawet, jak dodaje Ojciec Święty, dla stworzeń nieożywionych. Jeżeli człowiek jest dla nich „dobry”, jeżeli ich niepotrzebnie nie niszczy, bezmyślnie nie eksploatuje, wówczas stworzenia te tworzą dla niego naturalne środowisko, stają się poniekąd jego „przyjaciółmi”. Nie tylko umożliwiają mu przeżycie, ale także możliwości odnajdywania siebie samego[7].

    Papież przypomina, że przekazując życie swojemu potomstwu, mężczyzna i kobieta pozwalają mu dziedziczyć „obraz Boży”, który stał się udziałem człowieka w akcie stworzenia w sposób nieodwracalny[8]. Człowiek stworzony na obraz Boży jest on istotą złożoną z duszy i ciała, istotą, która z jednej strony należy do zewnętrznego świata, z drugiej zaś, jest w stosunku do niego transcendentna. Człowiek, jako istota złożona zarówno z ciała, jak i z duszy - jest osobą. Ta prawda o człowieku jest przedmiotem naszej wiary, podobnie jak prawda biblijna o tym, że jest on stworzony na „obraz i podobieństwo” Boga; tę prawdę podaje stale na przestrzeni dziejów Magisterium Kościoła[9].

    Ojciec Święty, zwraca uwagę, że człowiek będąc istotą cielesno - duchową obdarzony jest zdolnością poznawania umysłowego oraz wolnością. Zdolność poznawania umysłowego odróżnia go od całego świata zwierzęcego, gdzie zdolność poznawcza ogranicza się do zmysłów[10]. Umysł człowieka jest zdolny do wyjścia ponad świat materialny. Człowiek pyta, co jest poza materialnym światem, kto go stworzył, kto nim kieruje? Innymi słowy, ludzki rozum prowadzi człowieka do poznania Autora stworzenia, czyli do samego Stwórcy. Stąd też można wyprowadzić wniosek, że człowiek ze swej natury jest istotą religijną. Bowiem sam rozum, jeśli nie stawia się mu przeszkód, prowadzi człowieka do Boga. Poznanie Stwórcy z widzialnego świata, z jego piękna i celowości jest, można powiedzieć, naturalnym odruchem rozumu. Wiara w Boga, a nie ateizm jest więc naturalną, wrodzoną zdolnością człowieka.

   W organicznym związku z poznaniem umysłowym oraz relacją do prawdy pozostaje wolność ludzkiej woli, która jest od wewnątrz związana relacją do dobra. Człowiek jest zdolny wybierać pomiędzy dobrem a złem, w czym pomaga mu głos sumienia, które nakłania do dobra, a przestrzega przed złem. Tak, jak poznanie prawdy, tak i zdolność wybierania - czyli wolność woli - przenika całą sferę odniesienia człowieka do świata, a zwłaszcza do innych ludzi[11]

  Jan Paweł II, odwołując się do nauczania Soboru Watykańskiego II przypomina, że „Człowiek […] może się zwracać do dobra tylko w sposób wolny - godność człowieka wymaga, aby działał ze świadomego i wolnego wyboru” (KDK 17). Zdaniem papieża, „Wolność prawdziwa […] to szczególny znak obrazu Bożego w człowieku”. Wolność prawdziwa - to tyle, co wolność w prawdzie wpisana od początku w pojęcie „obrazu Bożego”[12].

    Jak słusznie zauważa Ojciec Święty, Bóg stwarzając cały świat objawił swoją Chwałę, a całe bogactwo stworzonego świata dał człowiekowi, aby się nim przede wszystkim cieszył, aby w nim odpoczywał, aby w nim wreszcie odnajdował Boga i siebie samego. Współcześnie mówimy często o ekologii, czyli trosce o środowisko naturalne.

   U podstaw tak rozumianej ekologii trwa tajemnica stworzenia, które jest wielkim i nieustającym obdarowywaniem człowieka dobrami kosmosu, zarówno tymi, których doświadcza bezpośrednio, jak też tymi, które odkrywa na drodze poszukiwań i badań. Ludzkość coraz więcej wie o bogactwie kosmosu, choć nie zawsze rozpoznaje, iż to bogactwo pochodzi właśnie z rąk samego Stwórcy. Jednak są takie momenty, kiedy ludzie, nawet ci niewierzący, dostrzegają prawdę stwórczego obdarowania i zaczynają się modlić i wyznają, że to wszystko co ich otacza jest darem Stwórcy[13]. „Trzeba całkowicie być darem, darem bezinteresownym, ażeby w każdym człowieku rozpoznać ten dar, jakim on jest. Ażeby za ten dar osoby dziękować Dawcy”[14].

   Święty Janie Pawle II, dziękujemy ci za to, że uczysz nas o prawdy o człowieku, że jest on stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Aby mógł on w pełni realizować to Boże podobieństwo jest stworzony jako mężczyzna i kobieta i powołany do małżeństwa. Człowiek jest w stanie realizować Boży zamysł na ziemi dlatego, że oprócz ciała posiada duszę nieśmiertelną, której przymiotami są rozumność i wolność woli. Prosimy Cię, św. Janie Pawle II, wstawiaj się za nami u Dobrego Boga, abyśmy jako mężczyźni i kobiety byli w świecie odzwierciedleniem Bożej Miłości.



[1] Por. JAN PAWEŁ II, Medytacja na temat „bezinteresownego daru”, (Watykan 8.02.1994), [w:] (Internet, 25,12. 2019) 
https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/inne/medytacja_08021994.html

[2] Popr. JAN PAWEŁ II, Człowiek stworzony na obraz Boga (9. 04. 1986), „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 7 (1986) nr 4 (78) s. 19.

[3] „Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę istota żywa. I tak mężczyzna dał nazwy wszelkiemu bydłu, ptakom powietrznym i wszelkiemu zwierzęciu polnemu, ale nie znalazła się pomoc odpowiednia dla mężczyzny” (Rdz 2, 19 - 20).

[4] Por. JAN PAWEŁ II, Człowiek stworzony na obraz Boga, przem. cyt., s. 20.

[5] Por. JAN PAWEŁ II, Człowiek - obraz Boży jako podmiot poznania i wolności, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 7 (1986) nr 4 (78) s. 20.

[6] Por. JAN PAWEŁ II, Medytacja na temat „bezinteresownego daru”, dok. cyt., s. 17.

[7] Por. Tamże.

[8] JAN PAWEŁ II, Człowiek stworzony na obraz Boga, przem. cyt., s. 20.

[9] Por. JAN PAWEŁ II, Człowiek - obraz Boży - istotą duchowo-cielesną (16. 04. 1986), „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 7 (1986) nr 4 (78), s. 20.

[10] Por. JAN PAWEŁ II, Człowiek - obraz Boży jako podmiot poznania i wolności, przem. cyt., s. 20.

[11] Por. Tamże.

[12] Por. Tamże.

[13] Por. JAN PAWEŁ II, Medytacja na temat „bezinteresownego daru”, dok. cyt., s. 34.

[14] Tamże.


Katecheza druga:

BÓG JEST MIŁOŚCIĄ


      Czasem ktoś mówi: gdzie był Bóg, kiedy stało się to nieszczęście? Dlaczego Pan Bóg na to pozwolił? Często rodzice mówią do swojego dziecka: „Jak będziesz niegrzeczny, to Bozia cię ukarze”. Czy Bóg Ojciec rzeczywiście może nas karać i, czy dopuszcza zło i cierpienie na świecie? Mamy czasem pretensje do Boga o zło, które dzieje się wokół nas, ale czyż nie jest tak, że to właśnie współczesny człowiek sam wyrzuca Boga ze szkół, przedszkoli, zakładów pracy i wreszcie ze swojego codziennego życia, a w momencie, kiedy wydarzy się jakaś tragedia, to najczęściej pytamy z wyrzutem: gdzie był Bóg?

    Zastanówmy się przez chwilę: Jaki obraz Boga nosi każdy z nas tu obecnych w swoim sercu?

    Okres Bożego Narodzenia, który tak niedawno przeżywaliśmy, w szczególnie wyraźny sposób uzmysłowił nam prawdę, że Bóg jest Miłością. Mówią o tym słowa jednej z kolęd, chyba znanej każdemu z nas, a którą śpiewa Eleni: „Maleńka miłość w żłobie śpi, Maleńka Miłość przy Matce Świętej. Dziś cała ziemia i niebo lśni dla tej Miłości maleńkiej”. Uświadomienie sobie tej prawdy, że Bóg jest Miłością stanowi podstawę właściwej postawy człowieka wobec Stwórcy i jest równocześnie fundamentem zdrowej religijności.

    Nic więc dziwnego, że temat ten stanowi istotne przesłanie pasterskiego nauczania Jana Pawła II. Jedną z audiencji generalnych papież poświęca wprost tej problematyce. Zawracając się do wiernych mówi: Bóg jest miłością. Te słowa, wypowiedziane w jednej z ostatnich ksiąg Nowego Testamentu, a mianowicie w Pierwszym Liście św. Jana Ewangelisty (4,16), są jakby kluczem tej prawdy o Bogu, która torowała sobie drogę poprzez wiele słów i wiele wydarzeń, aby stać się oczywistością wiary wraz z przyjściem Chrystusa, a przede wszystkim wraz z Jego Krzyżem i zmartwychwstaniem[1].

    Według papieża, ta prawda o Bogu, który jest Miłością, stanowi jakby szczyt wszystkiego, co zostało objawione „przez proroków, a na końcu przez Syna”, o czym przypominają słowa Listu do Hebrajczyków (por. 1,1). Równocześnie prawda ta rozświetla wszystko, co zawiera się w Bożym Objawieniu, a w szczególności, ukazuje objawioną rzeczywistość stworzenia i rzeczywistość Przymierza. Jeżeli stworzenie ujawnia wszechmoc Boga - Stwórcy, to wszechmoc ta ostatecznie tłumaczy się przez miłość. Stworzył, bo mógł, bo jest wszechmocny, wszechmocą jednak kierowała Boża mądrość i miłość. Zaś dzieło Odkupienia ma jeszcze bardziej radykalną wymowę i w jeszcze bardziej dosadny sposób świadczy o tym, że wobec zła, wobec grzechu stworzeń pozostaje tylko miłość, jako wyraz wszechmocy. Tylko wszechmocna miłość potrafi wyprowadzić dobro ze zła oraz nowe życie z grzechu i śmierci[2].

  Ojciec Święty w czasie audiencji generalnej przypomina, że Bóg jest troskliwym Ojcem, który sprawia, „że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5, 45). Jednak wobec tego przesłania troskliwej miłości Ojca spontanicznie rodzi się pytanie, które wielu z nas sobie zadaje: w jaki sposób można wytłumaczyć zło i cierpienie wokół nas?

     Nie potrafimy sobie tego po ludzku wyjaśnić, bowiem ludzki rozum zawodzi. Dopiero Boże Objawienie pomaga nam zrozumieć, że Bóg nie chce cierpienia, nie chce zła, ale weszło ono na świat na skutek grzechu człowieka (por. Rdz 3, 16-19). Bóg daje każdemu z nas wolną wolę, dlatego je dopuszcza dla naszego zbawienia, wydobywając dobro ze zła. W tym kontekście wymowne są słowa skierowane przez Józefa do swoich braci, którzy najpierw go sprzedali, a później sami stali się jego poddanymi: „Zatem nie wyście mnie tu posłali, lecz Bóg (...). Wy niegdyś knuliście zło przeciwko mnie, Bóg jednak zamierzył to jako dobro, żeby sprawić to, co jest dzisiaj, że przeżył wielki naród” (Rdz 45, 8; 50, 20)[3].

    Prawda, że Bóg jest Miłością, w naturalny sposób wyjaśnia tajemnicę Boga, że jest On Trójcą Przenajświętszą. Bowiem Miłość zakłada relację międzyosobową. Bóg nie mógłby być Miłością, gdyby był tylko jednoosobowym bytem. Można powiedzieć, że ponieważ Bóg jest Miłością, jest Trójcą Świętą, a ponieważ jest Trójcą Świętą, jest też Miłością.

     Człowiek czasem pyta, jak to jest możliwe, że są trzy różne Osoby i tylko jeden Bóg? Teologia objaśnia, że nie ma tu żadnej sprzeczności, gdyż są trzy Osoby, ale jedna Boska natura[4]. Pozostaje jednak inny problem: każda z tych Osób jest tym samym Bogiem, jak więc mogą być One rzeczywiście różne?

      Jan Paweł II wyjaśnia, że odpowiedź, której z trudem udziela nasz rozum, opiera się na pojęciu „relacji”. Trzy Osoby Boskie różnią się od siebie jedynie relacją, jaka zachodzi między Nimi. Tak więc w Bogu Ojciec jest czystym ojcostwem, Syn czystym synostwem, Duch Święty czystą „więzią miłości” pomiędzy Ojcem i Synem, a zatem różnice osobowe nie dzielą jednej i tej samej natury Boskiej trzech Osób[5].

    Stwierdzenie św. Jana, że Bóg jest Miłością (1 J 4,8) wyznacza szczyt wiary Kościoła katolickiego. Bóg bowiem „objawił siebie samego jako Miłość ostatecznie i definitywnie w krzyżu Chrystusa i w Jego zmartwychwstaniu, które jest dla każdego człowieka i całej ludzkości „miarą wyznaczoną złu”. Wewnętrzna komunia Ojca, Syna i Ducha Świętego jest miłością Boga Jedynego. Jan Paweł II naucza, że Bóg, w absolutnej jedności Bóstwa, jest Ojcem i Synem[6].

   Zdaniem Ojca Świętego, Bóg w swoim wewnętrznym życiu jest Miłością, która uosabia się w Duchu Świętym: Duchu Ojca i Syna. Równocześnie zaś Duch Święty jest nazywany Darem. W Duchu Świętym, który jest Miłością, znajduje się bowiem źródło wszelkiego obdarowania, które w Bogu ma swój początek względem stworzeń. W świetle teologii trynitarnego Daru lepiej rozumiemy słowa zawarte w Dziejach Apostolskich: „weźmiecie w darze Ducha Świętego” (Dz 2,38). Chrystus kieruje te słowa do Apostołów, do swoich najbliższych towarzyszy, kiedy żegna się z nimi odchodząc do Ojca. W tym świetle lepiej rozumiemy także słowa św. Pawła zawarte w Liście do Rzymian: „miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5)[7].

    Jezus mówi: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30); a także: „wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu” (J 10,38). I jeszcze: „Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie” (J 14,10-11)[8].

      Bóg jest Miłością, to najkrótsza definicja Boga (1J, 4,16). Od tego, czy tak  rozumie się Boga zależy osobista relacja każdego człowieka do Niego. Smutnym faktem jest to, że z powodu niewłaściwego obrazu Boga, wielu ludzi odeszło i nadal odchodzi od Boga i od Kościoła stając się ateistami. Zauważmy, że wielu, zwłaszcza młodych ludzi nie potrzebuje Boga w swoim codziennym życiu. Często słyszy się z ich ust słowa: będę starszy, to pomyślę o Bogu, teraz nie mam czasu, nie czuje takiej potrzeby. I kiedy popatrzymy wokół siebie, zauważymy, że ławki w kościele są puste, nie ma chętnych, którzy by je zapełnili. Przykładem takiego odejścia od wiary może być Jean Paul Sartre, Marks, czy wielu innych, którzy z powodu straszenia ich Bogiem w dzieciństwie, w późniejszym wieku byli ateistami.

    Ten fałszywy obraz Boga, niestety, wielu wynosi z rodzinnego domu. Do jego powstawania może się przyczynić np. straszenie małych dzieci Panem Bogiem, np. Bozia cię ukaże, jak będziesz niegrzeczny. Nie należy tego nigdy czynić. Stąd bierze się późniejszy lęk przed Bogiem, pojmowanie Go jako żandarma, który czeka tylko na to, aby przyłapać człowieka na grzechu i ukarać go za to. To bardzo niebezpieczne dla formowania religijności, zwłaszcza młodego człowieka.

    Bóg wprawdzie daje człowiekowi swoje prawo, ale nie czyni tego po to, aby go karać i kontrolować. Wpisuje to prawo naturę człowieka, aby mógł on własnym rozumem odkryć jego słuszność i aktem wolnej woli je zachowywać. Dając człowiekowi swoje prawo, Bóg kieruje się wobec niego Miłością. Nie zmusza go do zachowywania tego prawa, ale pragnie, aby człowiek obdarzony wolną wolą sam od siebie chciał je zachowywać i kiedyś osiągnąć zbawienie.

    Tak, jak wszystkie stworzenia zachowując w sposób konieczny, wpisany w ich naturę fizyczny porządek przyczyniają się do ładu we wszechświecie. Tak samo człowiek zachowując z własnej woli wpisane w jego naturę Boże prawo (prawo naturalne), które zostało w formie pisemnej potwierdzone na Synaju, jest w stanie już tu na ziemi być szczęśliwym.

    Nie dziwi zatem fakt, że Jan Paweł II w 1991 r., gdy Polska odzyskała wolność, przypomniał, nam Polakom, Dekalog, bowiem bez niego nie ma świetlanej przyszłości. Wtedy to się bardzo nie podobało, krytykowano papieża. Ale robili to tylko ci, którzy Boże prawo rozumieli jako uciemiężenie, a nie jako wolność i radość.

    Święty Janie Pawle II, dziękujemy ci za to, że uczysz nas o Bogu, który jest Miłością, że jesteśmy stworzeni z miłości i powołani do miłości. Ta prawda o Bogu, który jest Miłością, stanowi jakby szczyt wszystkiego, co zostało objawione „przez proroków, a na końcu przez Syna” - jak mówi św. Paweł w Liście do Hebrajczyków (por. 1,1). Prosimy Cię, św. Janie Pawle II, wstawiaj się za nami u Dobrego Ojca, abyśmy nigdy nie zeszli z drogi, która prowadzi nas do Królestwa Bożego.



[1] JAN PAWEŁ II, Bóg jest Miłością, Audiencja generalna (2.10.1985), „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 6 (1985) nr 10-11-12 (72-73-74) s. 19.

[2] Tamże.

[3] JAN PAWEŁ II, Troskliwa Miłość Boga Ojca. Audiencja generalna (24.03.1999), „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 20 (1999) nr 7 (214) s. 48.

[4] JAN PAWEŁ II, Trzy osoby Boże. Audiencja generalna (4.12.1985), „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 6 (1985) nr 10-11-12 (72-73-74) s. 23.

[5] Tamże.

[6] JAN PAWEŁ II, Bóg jest Miłością, przem. cyt., s. 19.

[7] JAN PAWEŁ II, Który od Ojca i Syna pochodzi. Audiencja generalna (20.11. 1985), „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 6 (1985) nr 10-11-12 (72-73-74) s. 22.

[8] JAN PAWEŁ II, Trzy osoby Boże, przem. cyt., s. 23.  


Katecheza pierwsza:

JAN  PAWEŁ  II    ŚWIĘTY  CZŁOWIEK  I  WIELKI  PAPIEŻ

W tym roku Kościół powszechny i Kościół w Polsce przeżywa setną rocznicę urodzin św. Jana Pawła II. Kim był ten papież, to wszyscy dorośli Polacy dobrze wiedzą. Natomiast dla młodszego pokolenia prawdą oczywistą jest, że taki papież w historii Kościoła był. Ale kim tak naprawdę był ten największy z rodu Polaków? Z tego chyba nie wszyscy młodzi Polacy zdają sobie sprawę, a tym bardziej, jakie dziedzictwo swego papieskiego nauczania nam pozostawił? W roku 100-lecia jego urodzin nie sposób o tym nie mówić w niedzielnych katechezach.

Pragniemy nie tylko przypominać osobę Jana Pawła II i jego pasterskie nauczanie, ale nade wszystko chcemy podziękować Panu Bogu za ten dar papieża z Polski, który wprowadził Kościół w trzecie tysiąclecie chrześcijaństwa. Szczególnie dziękujemy Dobremu Bogu za Jego świętość! Bowiem pontyfikat św. Jana Pawła II okazał się dla nas wszystkich wielkim darem. To przecież Ojciec Święty otwierał nowy rozdział w naszych dziejach i – jak się później okazało – przyczynił się w znacznym stopniu do zasadniczych zmian społecznych i politycznych, nie tylko w naszej Ojczyźnie, ale i na całym świecie.

Karol Wojtyła przyszedł na świat 18 maja 1920 roku w wolnej Polsce. Stał się dojrzałym owocem ponadtysiącletnich dziejów Chrystusowego Kościoła na naszych ziemiach. Pamiętamy jego wzruszające słowa: „W Wadowicach wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, studia się zaczęły i teatr się zaczął. I kapłaństwo się zaczęło”[1]. Usłyszeliśmy je pod wieczór 16 czerwca 1999 roku: niosły się od ołtarza polowego przed wadowickim kościołem parafialnym na cały świat. Przygotowując się do tego wielkiego jubileuszu, pragniemy w comiesięcznych katechezach poznawać jego sylwetkę duchową, działalność pastoralną i bogaty dorobek intelektualny. Pragniemy po jego śladach zdążać do domu Ojca Niebieskiego.

Wiemy, że pochodził z rodziny wielodzietnej. Jego ojciec był wojskowym, a matka zajmowała się domem, miał starszego brata Edmunda i siostrę Aleksandrę. Dość szybko został osamotniony, gdyż matka zmarła, nie doczekawszy jego Pierwszej Komunii Świętej, siostra odeszła tuż po urodzeniu, a starszy brat jako lekarz w wieku 26 lat zmarł w bielskim szpitalu, gdyż zaraził się szkarlatyną. Ojciec odszedł do Pana, gdy Karol miał zaledwie 21 lat. Są to wydarzenia, które głęboko wyryły się w jego pamięć. Dzisiaj możemy powiedzieć, że zarówno jego rodzice, jak i rodzeństwo zasługują na wyniesienie do chwały ołtarzy.

Wzrastał w trudnych okolicznościach, ale warunki rodzinne i parafialne dobrze sprzyjały jego wychowaniu. Ważną rolę w tym procesie odegrały wadowicka szkoła podstawowa i  gimnazjum. Zapewniły mu solidną edukację. Po latach szczerze przyzna: „To, co otrzymałem w latach szkolnych, do dzisiaj owocuje w moim życiu”[2]. Po maturze w 1938 roku rozpoczął na Uniwersytecie Jagiellońskim studia polonistyczne, które przerwał wybuch wojny. By uchronić się przed wywózką na przymusowe roboty do Niemiec, pracował jako robotnik fizyczny w kamieniołomie, a później w zakładach chemicznych.

W tych trudnych okolicznościach dojrzewała najważniejsza decyzja w życiu przyszłego papieża, którą było wstąpienie w 1942 roku do konspiracyjnego Seminarium Duchownego w Krakowie. W wywiadzie dla André Frossarda wyznał: „Stało się dla mnie jasne, że Chrystus powołuje mnie do kapłaństwa. Nie było to dla mnie jasne w chwili zdawania matury”[3]. Po przyjęciu święceń kapłańskich 1 listopada 1946 roku z rąk ks. kard. Adama Stefana Sapiehy udaje się do Rzymu na studia doktoranckie, które kończy po dwóch latach. W 1948 roku zostaje wikariuszem w Niegowici, a potem w Kolegiacie Św. Floriana w Krakowie, 12 grudnia 1953 roku broni habilitację na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego; jak się później okazało, była to ostatnia habilitacja na tym wydziale przed jego likwidacją przez władze komunistyczne. Wykłada między innymi w seminariach diecezji krakowskiej, katowickiej i częstochowskiej oraz na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

W 1958 roku otrzymuje sakrę biskupią i przyjmuje obowiązki biskupa pomocniczego archidiecezji krakowskiej. W ten sposób staje się najbliższym współpracownikiem schorowanego już wówczas arcybiskupa Eugeniusza Baziaka w tych niełatwych dla Kościoła czasach. Wtedy uczestniczy czynnie w obradach Soboru Watykańskiego II, angażując się w redakcję niektórych jego dokumentów. Wówczas poznaje go Ojciec Święty Paweł VI, który w 1964 roku mianuje go arcybiskupem i metropolitą Archidiecezji Krakowskiej, a po niedługim czasie kardynałem. W 1976 roku Paweł VI prosi go o wygłoszenie wielkopostnych rekolekcji dla pracowników Stolicy Apostolskiej, co było wielkim wyróżnieniem.

16 października 1978 roku ks. kard. Karol Wojtyła został wybrany 264-tym następcą św. Piotra. Mamy to szczęście, że należymy do pokolenia, które na drodze wiary miało i ma za przewodnika świętego Jana Pawła II. Przez niemal dwadzieścia siedem lat towarzyszyło nam jego żywe słowo, jego nauczanie, jego decyzje i gesty, które pomagały Kościołowi stawiać czoło wyzwaniom współczesnego świata.

Dziś patrzymy na pontyfikat Jana Pawła II jak na dzieło spełnione. Znamy jego kolejne etapy i dokonania. Znamy rozmiary papieskiego nauczania, stanowiącego skarbiec pasterskiej mądrości, odpowiadającego na problemy współczesnego Kościoła i świata. Znamy styl papieskiej posługi, wykraczającej poza granice Rzymu, docierającej do najdalszych zakątków ziemi. Znamy rozliczne inicjatywy duszpasterskie papieża. Wiemy także, że jego służba została przypieczętowana przelaną krwią podczas zamachu, a u schyłku życia cierpieniem. Wiemy, że Jan Paweł II zostawił nam świadectwo osobistej świętości, uznanej orzeczeniem Kościoła zaledwie sześć lat po jego odejściu do domu Ojca.

Św. Jan Paweł II był człowiekiem wiary i miłości. Całą ufność złożył w Bogu. Dlatego nawet w obliczu wielkich wyzwań, przed jakimi stawał Kościół przełomu drugiego i trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa, zachowywał głęboki spokój i optymizm. Kierował pewnie nawą Kościoła, nie zrażając się trudnościami i słabościami. Dostrzegał w świecie ogromne pokłady miłości i dobra mniej krzykliwego od zła i nienawiści. Wiedział, że wszechświat jest w ręku Boga i nad dziejami człowieka na Ziemi czuwa nasz Stwórca i Zbawiciel. Był człowiekiem modlitwy, kontemplacji i czynu. Był mistykiem służby. Jezus Chrystus był jego największą miłością, a miłość przyjmowała kształt wytrwałej służby Kościołowi i światu.

Wierzymy, że święty Jan Paweł II towarzyszy nam i oręduje za nami u tronu Najwyższego. Zasłużył sobie na tytuł Papieża Rodzin, gdyż wniósł ogromny wkład w refleksję Kościoła nad małżeństwem i rodziną, a także nad fundamentalnymi wartościami, które kształtują te dwie rzeczywistości. Nie do przecenienia był i jest ten wkład w kontekście zagrożeń ze strony współczesnych prądów sekularyzmu i hedonizmu, podważających stabilność rodziny i małżeństwa jako pierwotnej wspólnoty mężczyzny i kobiety – wspólnoty miłości i życia. Zostawił nam szczególne dziedzictwo myśli oraz stylu życia i służby. Uczył właściwego spojrzenia na nasze dzieje, na nasze korzenie i na otaczającą nas Bożą i ludzką rzeczywistość. W tym kontekście ukazywał miejsce i rolę Kościoła jako wspólnoty ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Pana, która pragnie służyć sprawie człowieka, jego godności i powołaniu.

Każdy z nas nosi osobiste wspomnienie jego pontyfikatu, jednak nie poprzestawajmy na wspomnieniach. Święty Jan Paweł II może i powinien nas inspirować do twórczej służby w Kościele, do stawiania czoła nowym wyzwaniom, przed jakimi stajemy w dzisiejszym świecie, we współczesnej Polsce. Święty Jan Paweł II osobistym przykładem zachęca nas, by nasze życie duchowe owocowało dynamizmem apostolskim, byśmy nie tylko czekali na tych, którzy przychodzą do nas, do naszych świątyń, ale byśmy wychodzili na obrzeża i docierali do obojętnych, zagubionych i niechętnych. W Kościele Chrystusa jest miejsce dla wszystkich.

Jest naszym przywilejem i obowiązkiem utrwalać dziedzictwo świętego papieża, aby je przekazać następnym pokoleniom. Stają przed nami nowe wyzwania w wymiarze Kościoła powszechnego, a także w wymiarze narodu i Kościoła w Polsce. Nikt nas nie zastąpi w podejmowaniu odpowiedzialności za kształt życia osobistego i społecznego, w troszczeniu się o ubogich, w ustanawianiu mądrych praw, w dawaniu przejrzystego świadectwa Chrystusowi i Jego Ewangelii. Na to świadectwo czekają nasi bracia i siostry, dla których Kościół nie jest jeszcze domem, dla których Jezus nie jest jeszcze Panem i Zbawicielem. Jeżeli chcemy pozostać wierni dziedzictwu św. Jana Pawła II, powinniśmy odważnie kroczyć drogą miłości Boga i bliźniego, czyli drogą świętości. To codzienne zadanie, jakie staje przed każdym z nas.

Rodzi się jeszcze jedno pytanie: co uczyniliśmy i co czynimy z dziedzictwem tego, którego przez dwadzieścia siedem lat nazywaliśmy Piotrem naszych czasów? Powinniśmy często powracać do nakreślonej przez Jana Pawła II wizji społeczeństwa prawego, solidarnego, świadomego swych korzeni i przyszłości. Nie żyjemy zawieszeni w duchowej i kulturowej próżni. Nie zbudujemy przyszłości bez Boga, bez respektowania prawa naturalnego i Bożych przykazań. 

Święty Janie Pawle II – ucz nas prawdziwej nadziei. Tej nadziei, która „zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego” (Rz 5, 5). Ucz nas wiary i miłości, która „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13, 7). Prowadź nas do  Jezusa Chrystusa i oręduj za nami u Bożego tronu. Święty Janie Pawle II – módl się za nami!


[1] JAN PAWEŁ II, Po synowsku całuję próg domu rodzinnego, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.) 20 (1999) nr 8 (215) s. 115.

[2] Tamże.

[3] A. FROSSARD, Nie lękajcie się! Rozmowy z Janem Pawłem II, Watykan 1982.